Na stronie w Internecie przy nazwisku Dorota Stalińska napisane jest tak „To strona, dzięki której chcielibyśmy ocalić od zapomnienia momenty ważne, miłe, chwile spędzone z wierszami, filmami i piosenkami Doroty Stalińskiej".

 Mam w pamięci od wielu lat właśnie taką chwilę, o ile to można nazwać chwilą, bo  jest to film Barbary Sass “Krzyk” i Twoja przejmująca w nim rola. To był 1982 rok. Krytycy wtedy pisali „Bez Stalińskiej ten film byłby niemożliwy” i „Od czasu Zbigniewa Cybulskiego żaden aktor nie potrafił nas tak poruszyć losem kreowanej przez siebie postaci”. Jakie masz spojrzenie po tylu latach na tę rolę?

Ta rola i ten film się po prostu nie starzeją. Jakiś czas temu na festiwalu w Gdyni pokazano” Krzyk” po rekonstrukcji. Na widowni głównie byli młodzi ludzie, którzy nie mogli widzieć filmu wcześniej. Bardzo byłam ciekawa ich reakcji… i mojej własnej oceny po latach. Patrzyłam przemiennie na ekran i na ich skupione, przejęte oglądanym dramatem twarze… i myślałam: kurcze , jaki to świetny film.. i jaka świetna jest ta moja rola… nie ma ani jednego pęknięcia…. Nie ma ani jednej sceny, ani jednego działania, które można by poprowadzić czy tez zagrać inaczej.
Tak, ta rola i ten film się nie starzeją. Szczęśliwie kanał Kino Polska co jakiś czas go emituje dając tym samym szanse kolejnym pokoleniom na obejrzenie go i na zachwycenie się nim. Dziś, z perspektywy tych lat myślę,  to jest jeden z tych „nieśmiertelnych” filmów w historii naszej kinematografii, które zawsze tak samo będą wzruszać i poruszać ludzi.

 Na Ogólnopolskim Festiwalu Teatru Jednego aktora w Toruniu w 1978  i na  XI Wrocławskich Spotkaniach Teatrów Jednego Aktora i Małych Form Teatralnych  w 1987 r dostałaś główną nagrodę za  specyficzny i rzadko uprawiany  rodzaj twórczości, za monodram „Żmija” ,który zresztą grasz z ogromnym powodzeniem do dziś.  Żmija, Zgaga monodramy czyli teatr gdzie aktor decyduje o wszystkim sam. Trudny rodzaj sztuki, ale Ty się świetnie w tym czujesz. Kilka tysięcy odsłon wciąż w tej samej samotności.

Tak, to prawda, Żmiję gram od 1978 r. Sama nie mogę w to uwierzyć, że moja „Żmija” okazała się  aż taka żywotna… I że gram tę sztukę już od  40 prawie lat… z paroletnią przerwą kiedy wydawało mi się, że to już nie wypada, że nie uchodzi… że nie można grać jednego przedstawienia tyle lat, że przecież świat się zmienił, widz się zmienił, ja się zmieniłam. Ale kiedy na prośbę organizatorów kolejnego przeglądu Teatrów Małych Form ją „odkopałam” … to okazało się, że ani świat, ani widzowie,  ani  ja sama nie zestarzeliśmy się i nie zmieniliśmy się aż tak bardzo. Temat sztuki –  samotność człowieka pozbawionego  w skutek  wojennej zawieruchy młodości i prawa jakiegokolwiek wyboru – okazał się nadal aktualny i interesujący dla kolejnego pokolenia widzów… zrobiona własnoręcznie 38 lat temu w stolarni szkoły teatralnej  barierka nadal się trzyma… uszyty wówczas własnoręcznie kostium nadal pasuje (no.. spódnicę trochę popuścić w pasie musiałam )… zaproszenia nadal napływają… a więc gram dalej!

A jednak co jakiś czas powraca do mnie to pytanie – czy nie jestem już na to za stara?  I co…? I i niedawno w Koszalinie dostałam  piękną i zadziwiającą dla mnie odpowiedź:

Bardzo młoda dziewczyna zapytała po przedstawieniu swoją matkę :

„Ale jak ona mogła to grać trzydzieści lat temu, kiedy była taka młoda ???” 

   Obchodziłaś niedawno jubileusz 40-lecia pracy w teatrze, świętowałaś go w Toruniu podczas Toruńskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora  i tam zaprezentowałaś  „Żmiję”. Udowadniasz, że są spektakle, które się nie starzeją. Jakie było te 40 lat pracy twórczej?  

Mój  jubileusz 40-lecia  pracy zbiega się również z jubileuszem 20-lecia innej mojej sztuki „Zgaga” czyli tragiczne skutki poplątania jedzenia z miłością.  Historia, która może przydarzyć się każdemu, historia z życia wzięta… panie śmieją się z panów, panowie z pań, a dzieci z obojga, bo znają to z domu.  Ze sztuką objechałam całą Polskę i  kawał Europy. Tę sztukę w 1998 r. wywiozłam do Kanady i do Ameryki … z toną dekoracji. Do Kanady samolotem, a stamtąd do Ameryki ciężarówką… to było niezwykle przedsięwzięcie… zagrałam 12 przedstawień, w 5 miastach, przejechałam wraz z toną dekoracji ponad 6 tys. kilometrów.
A do tego na każdym przedstawieniu wśród publiczności losowałam bilet lotniczy do Polski i z powrotem… to było cos niesamowitego…. ludzie płakali… ktoś starszej pani kupił w prezencie za 25 dolarów  bilet na sztukę, i ta pani wylosował bilet lotniczy… i mogła polecieć do Polski po raz pierwszy po 20 latach… boże jak ona tej scenie płakała… z radości…Ale to historia na dłuższą opowieść.  Dodam tylko, ze  wszystko to zorganizowałam sama, bez udziału tamtejszych organizatorów, za to z udziałem sponsorów, o których dzisiaj już nawet nie mamy co marzyć.

Przy tak poważnym jubileuszu nie mogę nie zadać pytania o plany na przyszłość.

Do planów na przyszłość możemy wrócić jak już będzie wiadomo , które z nich maja szansę w naszych pokręconych czasach na realizację.

Pozdrawiam serdecznie.

Z Dorotą Stalińską rozmawiała Krystyna Puchalska.

Skomentuj