W polskiej tradycji istnieją dwa karnawały: pierwszy – zimowy, zwany Białym Karnawałem oraz drugi, Zielony, którego początkiem są wiosenne dni tuż po Wielkanocy.

 

Pierwszy zaczynał się wraz z nocą sylwestrową, a kończył we wtorek (ostatki), poprzedzający Środę Popielcową. Zwyczaje karnawałowe na wsi i w miastach różniły się z powodów ekonomicznych. O ile w miastach starano się urządzać (w różnych środowiskach) huczne bale, o tyle na wsi polskiej było skromniej i w mniejszym gronie.

Biały Karnawał na wsi

Okazją do zorganizowania potańcówki karnawałowej było tzw. chodzenie z kądzielą. W ciągu dnia, w wybranym, za każdym razem innym domu, kobiety przędły, a wieczorem dochodzili panowie. Rozsuwano na boki sprzęty oraz stoły i rozpoczynała się zabawa. Przygrywał „grajek” (np. na skrzypcach lub harmonii) albo trzyosobowa kapela.
Zarówno w miastach, jak i na wsi był to czas kojarzenia małżeństw. Na wschodnim Mazowszu i Podlasiu na wsi był zazwyczaj ktoś, kogo określano „rajką”. Chłopaków mniej odważnych człowiek ten przyprowadzał do domu konkretnej panny, aby się poznali. Często miało to miejsce podczas karnawałowych zabaw. W wyniku takiego spotkania, rodziny młodych porozumiewały się (liczba morgów miała pierwszorzędną rolę!) i dochodziło do zaręczyn. Wielokrotnie jednak następnego dnia w domu kawalera pojawiał się jeszcze ktoś, kto – jak to określano – ganił dziewczynę, opowiadając o niej mniej pochlebne rzeczy. Bywało, że zaręczyny zrywano, ale ksiądz w kościele pieniędzy za zapowiedzi już nie zwracał…
Z pewnością cechą wspólną tego okresu w miastach i na wsi były liczne komentarze sąsiadów czy znajomych, którzy wzajemnie sobie opowiadali o kojarzonej młodej parze.

Biały Karnawał w mieście

Ludzie zamożni (ziemianie, przemysłowcy, urzędnicy, kupcy, inteligencja) urządzali bale karnawałowe. Ich istotą był taniec, zabawa, ale również swatanie młodych. W zwyczaju polskich elit panny, ukończywszy 18 lat, pojawiały się na balach, aby w nowych, pięknych kreacjach olśnić całe towarzystwo. Mogło to być na balu urządzanym przez zacne instytucje i organizacje, częściej jednak na prywatnych, ale dużych, i znanych. Te instytucjonalne odbywały się tylko w miastach, łączyły środowiska, domowo-prywatne natomiast, poza miastem mogły odbywać się także w siedzibach wiejskich. Niekiedy nazywano je „rynkiem małżeńskim” lub dorocznym „targiem na dziewczęta”. Co ciekawe, częściej inicjatorkami balów były matki panien, które – oferując w podtekście, a potem w rzeczywistości – niemałe posagi, starały się znaleźć dla córek poważnych kandydatów na męża. Zabawy bywały huczne, tańczono i rozmawiano w bardzo wesołej atmosferze. Miarą „przydatności” obu stron do zawarcia związku małżeńskiego była tzw. ogłada towarzyska i erudycja. Umiejętność prowadzenie przez młodych wesołej, ciekawej, ale także poważnej rozmowy (często w modnych, obcych językach, np. po francusku) stanowiło swoisty egzamin. Zapraszani goście należeli na ogół do grona znajomych i krewnych gospodarzy, wobec tego w pierwszej połowie uroczystości na Sali byli także seniorzy. Babcie, matki i liczne ciotki swoimi doskonałymi obserwacjami dość dobrze umiały ocenić młodych, po tym jak się bawią, zachowują, co mówią. Potem – tak samo jak na wsi – mogły rozprawiać o przyszłych mariażach.
Niebagatelnym przyczynkiem do kojarzenia małżeństw były kwestie ekonomiczne. Ale nie chodziło o przednówek, jak na wsi, ale o faktyczną zamożność. Kawalerowie musieli pochodzić z rodzin, które były w stanie zapewnić bezpieczny byt przyszłej żonie. Jeśli zaś należeli do osób, nie posiadających warunków do jedwabnego życia, a mogli zaoferować swoje dobre i „starożytne” nazwisko, tytuł arystokratyczny czy pozycję rodzinno-towarzyską, to i dla nich potrafiono znaleźć panny o odpowiednim poziomie stanu posiadania.
Jedna z pań wspominała, że przed wojną znalazła się na pierwszym w swym życiu balu karnawałowym. Prawie nikogo nie znała i czuła się nieswojo. Jakże była zdziwiona, gdy starsze panie, siedzące na fotelach czy kanapach, zaczęły ją zagadywać, bo naturalnie wiedziały kim młoda panna jest i co sobą reprezentuje. Uważajmy więc, bo ludzie wiedzą wszystko i na balu panny winny ładnie dygać, a kawalerowie w pas się kłaniać wszystkim polskim matronom…
Swoją drogą, szkoda, że mówimy o obyczajach prawie już dziś nie istniejących.

Jan Leśny

 

Fot. Elegancki bal w Łazienkach Królewskich, lata międzywojenne; fot. NAC (domena publiczna)

Skomentuj