„Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie” to najnowsza książka Marcela Woźniaka. Z autorem o Warszawie i nie tylko, rozmawia Anna Krzesińska

Leopold Tyrmand wielu osobom kojarzy się jako autor „Złego”, czyli powieści kryminalnej, której akcja toczy się w powojennej Warszawie. A Ty – słyszysz Tyrmand i…

            Widzę małego chłopca, biegnącego ulicą Trębacką i skręcającego w Krakowskie Przedmieście. Chłopca znającego każdą tzw. przejściówkę w kamienicy, każdą bramę, skwer czy park. Są lata 30. XX wieku, wakacje. Widzę też chłopaka, który, z pierwszego piętra budynku przy ulicy Trębackiej 5, podgląda przebierające się w budynku naprzeciwko dziewczyny. Widzę także Tyrmanda, asa reportażu, spacerującego z kajetem pod pachą po Warszawie lat 50., która jest jeszcze pełna rozprutych kamienic i ruin. I widzę Tyrmanda, pod koniec tej piątej dekady, jak jedzie swoim eleganckim wozem przez Nowy Świat. Ludzie oglądają się za nim, bo wiedzą, że to ten pisarz, który napisał książkę o Warszawie – „Złego”. A siedzący za kierownicą mężczyzna to także piewca stolicy, apostoł jazzu i król bikiniarzy.

            W jednym ze swoich felietonów, zawartych w zbiorze „Tyrmand warszawski Teksty niewydane” napisał, że „Są miasta, które mają dusze i takie, które jej nie mają”. Jaka była dusza jego ukochanego miasta – Warszawy?

            Znał tętno miasta. Przez lata zaczytywał się w opowiadaniach Walerego Przyborowskiego, piszącego o historii stolicy, jak również w powieściach Jacka Londona czy Josepha Conrada. Dzięki temu widział Warszawę jako miasto rozpięte gdzieś między zachodnią Europą, a Dzikim Zachodem. Dla niego to była metropolia, w której tętni życie i którą autentycznie ukochał taką miłością, jaką poeci odmalowują w wierszach, a malarze na płótnach. Niestety, Warszawa w czasie wojny dosłownie zniknęła z powierzchni ziemi. W 1945 jawiła się, jako doszczętnie spalona dekoracja, z której pozostały tylko fasady. Im piękniejsza była dla kogoś przed wojną, tym bardziej wstrząsający i straszniejszy był jej widok po zagładzie.

            Straszyła jeszcze w latach 50. XX wieku. W kolejnym felietonie stwierdził „Co tu dużo mówić – Warszawa jest w tej chwili bardzo brudnym miastem. Brudnym i niechlujnym.” Cierpiał widząc stolicę w takim stanie?

            Rzeczywiście, Warszawa w tamtym okresie była jeszcze cały czas jednym wielkim placem budowy. Wywożono gruz, a wszędzie unosił się wszędobylski pył. Jak stwierdził, był to największy plac budowy w Europie, a każdy warszawiak „wdychał” cztery cegły rocznie. Ta Warszawa była rzeczywiście brudna i niechlujna i pewnie bolał nad tym, ale potrafił dostrzec też jej piękno – świetnie opisywał znów błyszczące latarnie przy ulicy Królewskiej. Zresztą on był mistrzem krótkich, celnych anegdotek, które wyrażały ducha miasta.

A jak wyglądało jego życie w ówczesnej stolicy?

            Zazwyczaj do godziny 10 pisał książkę. Później szedł do kawiarni „Czytelnik” na Wiejskiej, gdzie spotykał Tadeusza Konwickiego, z którym się przyjaźnił oraz innych aktorów i pisarzy. Razem szli do „Literatów” przy Placu Zamkowym. Czasem odwiedzali Hotel Europejski albo “Kameralną” czy SPATIF. Często zabierał na obiad do Bristolu swoją żonę i tam opowiadał jej o tajemnicach i machlojkach zgromadzonych tam ludzi. A wiedział wiele. Przyjaźnił się z ludźmi z elit, miał gumowe ucho i świetnie czuł puls miasta.

Kiedyś nad Wisłą policja zatrzymała lekko podchmielonych Hłaskę, Herberta, Cybulskiego i Tyrmanda. Dwaj pierwsi panowie schowali się w aucie i udawali, że ich nie ma. A Tyrmand i Cybulski swobodnie rozdawali autografy milicjantom, którzy puścili wszystkich wolno.

            Taki barwny świat warszawskiej bohemy świetnie pasuje do pana w kolorowych skarpetkach, ale przecież Warszawa w owym czasie prezentowała także mroczną stronę miasta…

            Rzeczywiście, kolorowy świat imprez w „Kameralnej”,  blichtru i celebryckich imprez na czele z Holubkiem, Osiecką i Tyrmandem to jedna strona medalu. Druga to taka, że każdego dnia ludzie znikali wprost z ulicy i bezpowrotnie ginęli w katowni ubeckiej. Z jednej strony odbudowująca się z ruin Warszawa była pełna intelektualistów i artystów, z drugiej to była także stolica komunistycznego kraju, w której nie żyło się tak łatwo, jakby się chciało. Tyrmand zapłacił wysoką cenę za bycie takim barwnym ptakiem, który nie chciał współpracować z władzą. Na zdjęciach z hucznych domówek pojawia się wiele „zaprzyjaźnionych” z nim osób, które w rzeczywistości donosiły na niego latami. Ściany w jego mieszkaniu były pełne podsłuchów. Przez lata nie otrzymał pozwolenia na wyjazd za granicę, a jego chorej żonie odmówiono wyjazdu do  kurortu na leczenie.

 

W końcu w 1965 roku wyjechał i nigdy nie wrócił. Myślisz, że tęsknił?

            Był sentymentalny niczym Scarlet O’Hara ze swoją miłością do Tary. Do dziś mówi się w stolicy o tzw. “warszawce”. Cóż, również i wtedy była „warszawka”. Tyrmand nie cierpiał i jej, i władz. Jednych i drugich złośliwie sportretował w “Życiu towarzyskim i uczuciowym”. Książka ta stała się początkiem końca Tyrmanda. Jedni i drudzy postanowili się na nim odegrać, kiedy nie mógł się już bronić. Gdy wyjechał z kraju, zaczęto w polskiej prasie nagonkę na niego. Nazywano dziwkarzem, pijakiem, brudasem i “aspirującym pisarzem”. A potem na prawie trzydzieści lat wymazano go z historii polskiej literatury. W latach 80. była szansa na jego przyjazd do Polski, gdyż miał być ekranizowany “Zły”. Niestety, nie zdążył.

            Popuśćmy trochę wodze wyobraźni. Tyrmand rocznik 1920, w tym roku obchodzi 97 rocznicę urodzin. Gdyby żył, jak myślisz, co ów starszy pan myślałby o współczesnej Warszawie?

            Gdyby nie stres i problemy z sercem i cholesterolem, bardzo możliwe, że jeszcze by żył. Jego starszy o siedem lat wujek zmarł niedawno w Australii – mieli dobre geny. Myślę, że mógłby być jednym z dobrych duchów Warszawy – takich, jak Tadeusz Konwicki, wybitny pisarz i reżyser, z którzy się bardzo cenili. Na pewno by się cieszył, że Warszawa pnie się w górę. Tęskniłby za miastem swej młodości, bo takie ma się zawsze jedno – tak, jak krainę dzieciństwa. Nie mógłby też odżałować Placu Defilad, który od 60 lat straszy swoimi betonowymi połaciami. Być może powiedziałby coś na temat afery reprywatyzacyjnej… Nie przepuściłby pewnie meczu AKS “Zły”. No i w kółko udzielałby wywiadów, opowiadając o świecie, który kiedyś tu istniał. Kercelak, Pałac Saski, ulica Niecała, dawna Marszałkowska, Nalewki, Dolina Szwajcarska… Myślę, że nie byłoby osoby, która nie chciałaby o tym posłuchać.

z Marcelem Woźniakiem rozmawiała Anna Krzesińska

anna.krzesinska@polskamowi.pl

Skomentuj