Powszechnie uważa się, że piłka nożna, majsterkowanie czy motoryzacja to zdecydowanie męskie hobby. Tymczasem są kobiety, dla których te właśnie zainteresowania są życiową pasją. Reporterka PolskaMowi.pl porozmawiała z nimi o ich zamiłowaniach.

Sylwia Wiercioch swojego motoryzacyjnego bakcyla złapała w dzieciństwie.
Zawsze wolałam samochody od lalek. Mam starszych braci, tak więc w domu było dużo resoraków, którymi mogłam się bawić.  Pamiętam jak mając 6 lat poszłam z mamą do sklepu z ubraniami dziecięcymi.  Zauważyłam tam granatowy polar z samochodzikiem, który ewidentnie był przeznaczony dla chłopców.

Uparłam się jednak, że muszę go mieć. No
i oczywiście go dostałam – śmieje się pani Sylwia. – Poza tym mój tata często zmieniał samochód
i ponieważ ja zawsze byłam jego oczkiem w głowie, to woził mnie na kolanach i pozwalał samej kręcić kierownicą. Ponadto u mojego brata w pokoju zawsze wisiało dużo plakatów z samochodami. Jeden, który zapamiętałam bardzo dobrze to moje obecne auto – BMW e46 coupe – dodaje.
Fascynacją autami BMW sprawiła, że zaczęła jeździć na zloty fanów tej marki. Na jednym z nich poznała  Łukasza – swojego narzeczonego, który jest mechanikiem.

Często przesiaduję u niego w warsztacie i patrzę jak naprawia auta. Przez to nauczyłam się trochę podstaw mechaniki i tego co gdzie jest w aucie. Miałam okazję zobaczyć też różne ciekawe modele samochodów – tłumaczy pani Sylwia.

Para jeździ również na wyścigi. Zazwyczaj pani Sylwia bywa pilotem, ale raz spróbowała swoich sił jako kierowca. Jak podkreśla, dzięki takiej jeździe, można nauczyć się pewnych zachowań, które z kolei przekładają się na bezpieczniejszą jazdę na drodze.

W tej pasji nie chodzi tylko o samochody. Tak naprawdę najfajniejsza jest atmosfera, która „otacza” zloty czy wyścigi. Najważniejsi w tym wszystkim są zaś ludzie, których spotyka się czasem tylko kilka razu w roku. Na ten krótki moment wszyscy jesteśmy jak jedna wielka rodzina – podsumowuje pani Sylwia.

 

Aneta Jabłońska to prawdziwa złota rączka. Wszystko zaczęło się ponad dziesięć  lat temu, kiedy postanowiła odmalować swoje mieszkanie. Okazało się, że fachowcy byli niezbyt fachowi, trudno dostępni i marudni. Warszawianka uświadomiła zaś sobie, że właściwie chce i potrafi sama pomalować ściany. Prawdziwe pole do popisu zyskała  jednak wtedy, kiedy została współwłaścicielką, wymagającego remontu domku po dziadkach.

Uczyłam się trochę na własnych błędach. Na początku nie rozróżniałam wierteł do różnych materiałów i nie radziłam sobie z tubą z silikonem. Miałam też problem z farbami, rozpuszczalnikami, nie potrafiłam dobrze dobrać kołków i wkrętów, a także nie znałam metod czyszczenia drewna i ścian. Każda samodzielnie wykonana naprawa sprawiała mi jednak ogromną satysfakcję. Przedmiot, który był brzydki i zaniedbany, nagle stawał się czysty i ładny. Zachęcające było dla mnie też to, że materiały budowlane i remontowe okazały się względnie tanie, jeżeli je porównać na przykład z kosmetykami – podkreśla z uśmiechem Aneta Jabłońska.

Póki co największym wyzwaniem było zbudowanie ogrodowej „grillowędzarni”. Przygotowywała się do tego prawie rok. W tym czasie przeczytała kilka książek, obejrzała kilkanaście internetowych filmów traktujących o tym zagadnieniu i zrobiła szkic.

Kupiłam przedwojenne cegły, bo wiedziałam, że są odporniejsze na pogodę niż te nowe.  Stawianie ścianek okazało się dość brudne, ale za to proste. Najwięcej problemów miałam z budową komina, ale poradziłam sobie. „Grillowędzarnia” wygląda jakby stała na swoim miejscu od zawsze – stwierdza pani Aneta.

 

Z kolei w życiu Anny Kowalskiej piłka nożna jest obecna od wczesnego dzieciństwa. Nasza rozmówczyni ma bowiem dwóch starszych braci, z którymi już jako kilkulatka oglądała mecze. Ponadto sama grała w piłkę halową, niestety, kontuzja przerwała te treningi.  Miłość do Legii zaczęła się zaraz po przeprowadzce do Warszawy.

Najpierw mój chłopak, legionista, zabrał mnie na mecz towarzyski z Olimpią Elbląg na Bemowie. Potem były mecze już na Ł3 –  z londyńskim Arsenalem i holenderskim Den Haag. To właśnie podczas tego drugiego spotkania złapałam legijnego bakcyla. W tym sezonie mam szósty karnet z rzędu i nie wyobrażam sobie, że mogłabym opuścić jakiś mecz. Urlop także dopasowuję do kalendarza Legii – opowiada pani Anna.

Jest kibicką na dobre i na złe – chodzi na mecze o każdej porze roku, nawet w największy mróz. Jak tłumaczy, ubiera wtedy trzy swetry i dwie pary skarpetek. Zresztą atmosfera na trybunach jest tak gorąca, że nikt nie zwraca uwagi na niskie temperatury.  Nie opuszcza nawet mniej ciekawych meczów z drużynami z dołu tabeli. W zeszłym roku pojechała zaś na mecz Legii do Madrytu. Ma swoją stałą ekipę, ale stara się wyciągać na stadion przy Łazienkowskiej 3 nowe osoby, w tym również obcokrajowców.

Na meczach na Łazienkowskiej jest dużo kobiet. Nie ma w tym nic dziwnego. Natomiast w codziennym życiu moja miłość do Legii przykuwa uwagę. Wszyscy mnie zawsze pytają czy chodzę na Żyletę i czy się nie boję. Nawet rozmowy rekrutacyjne schodzą zawsze na temat Legii i mojego kibicowania. A dla mnie Legia ma już zawsze stałe miejsce w moim sercu – podkreśla pani Anna.

 

Anna Krzesińska

anna.krzesinska@polskamowi.pl

 

 

Skomentuj