Wprowadzenie ścisłych terminów na autoryzację i liberalizacja odpowiedzialności za jej brak – to największe zmiany proponowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w prawie prasowym. Tyle, że zdaniem ekspertów, tak naprawdę potrzebne są głębsze zmiany. Najlepiej: nowa ustawa i skasowanie autoryzacji.

Przestarzała regulacja

W 2011 r. trybunał w Strasburgu uznał polskie regulacje dotyczące autoryzacji za niezgodne z wymaganiami Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Mimo to nikt przez lata nie kwapił się z wprowadzeniem koniecznych zmian. W końcu za problem wziął się resort kultury. Zaproponował projekt nowelizacji prawa prasowego. Kluczowe znaczenie mają w nim trzy zmiany. Rozmówca miałby konkretny czas na dokonanie autoryzacji: 24 godziny w przypadku dzienników, a 3 dni – innych czasopism. Brak autoryzacji traktowany byłby jako wykroczenie, a nie – jak dziś – jako przestępstwo. Nadmierna ingerencja w tekst, a więc przedstawienie przez rozmówcę nowych pytań, odpowiedzi, a także zmiana kolejności odpowiedzi miałaby nie być uznawane za autoryzację.

– W porównaniu do obecnych przepisów proponowana nowelizacja to dobra zmiana. Choć osobiście jestem zwolennikiem kompleksowych zmian i uchwalenia zupełnie nowej ustawy. Obecnie obowiązująca regulacja pochodzi z 1984 r. i kompletnie nie przystaje do obecnej rzeczywistości. – ocenia Dariusz Pluta, adwokat specjalizujący się w prawie prasowym z kancelarii Małecki Pluta Dorywalski i Wspólnicy Sp. k. Jego zdaniem wprowadzenie reguł autoryzacji i zakreślenie terminów na jej dokonanie jest krokiem w dobrym kierunku.

– Obowiązujące obecnie przepisy są skrajnie niekorzystne dla dziennikarzy. Dziś ich rozmówca może w trybie autoryzacji całkowicie zmienić sens wypowiedzi. Może przeciągać autoryzację, a dziennikarz jest praktycznie bezbronny – tłumaczy mecenas Pluta.

Podobnie ocenia zmiany prawniczka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
– Dobrze, że w ogóle podjęto prace nad zmianą przepisów dotyczących autoryzacji, ponieważ obecna regulacja nie odpowiada standardom wolności słowa – mówi Dorota Głowacka.
Zaproponowane zmiany traktuje jako krok w dobrym kierunku, ale jednocześnie uznaje, że są niewystarczające.
– Nie do końca satysfakcjonuje nas utrzymanie odpowiedzialności wykroczeniowej za brak dopełnienia obowiązku
autoryzacji. Nadal jest to odpowiedzialność o charakterze represyjnym – zauważa prawniczka. Zwraca uwagę, że nowelizacja nie wdraża też w sposób prawidłowy wyroku Trybunału w Strasburgu w sprawie Wizerkaniuk przeciwko Polsce z 2011 r. Jednym z głównych zarzutów Trybunału w stosunku do naszych regulacji było to, że obecnie sąd badając takie sprawy podchodzi do zagadnienia autoryzacji formalnie, czyli bada tylko czy na prośbę rozmówcy
dokonano autoryzacji. Nie analizuje natomiast, czy przytoczono w mediach wypowiedź rzetelnie. Niestety tego nie zmienia nowelizacja.

Braki projektu

– Nie rozwiązana została w projekcie też sytuacja, gdy rozmówca odmówi udzielenia autoryzacji – wskazuje prawniczka z Helsińskiej Fundacji. W takiej sytuacji – jak mówi – dziennikarz ma trzy wyjścia: może zrezygnować z publikacji,  opublikować wypowiedzi i liczyć się z poniesieniem odpowiedniości, niezależnie od tego czy
wiernie oddał słowa swojego rozmówcy albo może omówić wypowiedź w formie opisowej, unikając podawania bezpośrednich cytatów – takiej sytuacji nie obejmuje wymóg autoryzacji.
– Trybunał sugerował też zróżnicowanie regulacji w zależności od tego czy chodzi o wypowiedź w mediach osoby prywatnej czy osoby pełniącej funkcje publiczne. Tego też zabrakło w nowelizacji – punktuje Dorota Głowacka.
Zwraca też uwagę, że projekt nie do końca uwzględnia realia funkcjonowania współczesnych mediów, zwłaszcza internetowych.

– Zdajemy sobie sprawę, że z punktu widzenia portali termin 24 godzin na autoryzację, jest bardzo długi. Obieg informacji w sieci jest szybszy. Pochylamy się nad tym tematem i zastanawiamy się, czy nie powinno się skrócić tych terminów w odniesieniu do portali – mówi prawniczka.

Projekt resortu kultury, jej zdaniem nie odpowiada też na problem przeprowadzania wywiadów drogą mailową. Fundacja pomagała w sprawie dziennikarki, która właśnie w ten sposób przeprowadziła rozmowę. Uznała, że nie jest potrzebna autoryzacja i opublikowała przesłany tekst bez zmian.
– Sąd w pierwszej instancji skazał dziennikarkę za niedopełnienie obowiązku autoryzacji. W drugiej instancji zapadło nieco korzystniejsze dla dziennikarki rozstrzygnięcie, sąd ostatecznie umorzył postępowanie, ale tylko ze
względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu – opowiada prawniczka.

Zdaniem pytanych przez nas prawników autoryzacja jest przeżytkiem.
– Jest nonsensem i reliktem z poprzedniej epoki. Jak można autoryzować dosłownie przytaczaną wypowiedź? Co ma być jej przedmiotem? Jeśli dziennikarz przekręci wypowiedź albo przytoczy coś co nie padło, to będzie on musiał udowodnić, jak było naprawdę. Byłoby dobrze, gdyby ustawodawca zastanowił się nad tym, co by było, gdyby przepisów o autoryzacji w ogóle nie było? Co by się stało? Ano nic – tłumaczy mec. Pluta. I wyjaśnia, że w takim wypadku stosowano by regulacje prawa karnego i cywilnego, które pozwalają dochodzić odpowiedzialności od nierzetelnej osoby. Także zdaniem Doroty Głowackiej autoryzacja powinna być raczej elementem warsztatu i staranności dziennikarskiej, z której dziennikarze będą korzystać, aby dbać o precyzję i rzetelność publikowanych wypowiedzi.
– Jednocześnie dziennikarz, który zrezygnuje z uzyskania autoryzacji i opublikuje np. zafałszowaną czy zmanipulowaną wypowiedź swojego rozmówcy, będzie musiał liczyć się z tym, że może zostać pociągnięty
do odpowiedzialności cywilnej, a redakcja będzie musiała zamieścić sprostowanie. Osoby udzielające informacji mediom, których wypowiedzi zniekształcono, miałyby więc wciąż do dyspozycji instrumenty prawne, aby móc dochodzić ochrony w takich sytuacjach. – zauważa prawniczka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Ewa Ivanova

ewa.ivanova@polskamowi.pl

 

Skomentuj