Koncerny piwowarskie w Polsce zrobiły dużo złego, ale mimowolnie również coś dobrego. Przygotowały bowiem grunt pod piwną rewolucję. Z Tomaszem Kopyrą z bloga blog.kopyra.com o piwie i nie tylko rozmawia Anna Krzesińska z portalu PolskaMowi.pl

Jesteś krytykiem piwnym, publicystą i twórcą największego kanału na Youtubie, poświęconemu piwu, który obecnie ma prawie 77 tysięcy subskrybentów. Bywasz nazywany  także guru czy papieżem polskiego kraftu. Czy czujesz ciężar odpowiedzialności za swoje słowa?

Przesadnego ciężaru nie odczuwam. Często podkreślam, że nie mam ani niesamowitych zdolności sensorycznych, ani super wiedzy, ale z tym co mam, wychodzę do ludzi. To jest najbardziej niezwykłe. Niewiele osób dzieli się bowiem swoją wiedzą.  A jest przecież wielu ludzi, którzy mają wykształcenie kierunkowe np. skończyli biotechnologię i ich wiedza jest większa niż moja. Są też ludzie, którzy próbowali więcej piw ode mnie czy lepsze piwa niż ja. Są również tacy, którzy mają czulszy nos. Mnie te wszystkie ograniczenia nie przeszkadzają, aby wychodzić i opowiadać o piwie. Czasami zdarza mi się wpadać w mentorski ton, ale wtedy widzowie sprowadzają mnie na ziemię, mówiąc żebym przestał „gwiazdorzyć” (uśmiech). Staram się, aby to co prezentuję było przystępne. Z drugiej strony mam jednak zasadę, że nie traktuję widzów czy czytelników jako półgłówków i staram się powiedzieć wszystko, co wiem. Przyświeca mi też cel popularyzatorski. Od wielu ludzi usłyszałem, że moją książkę (dop. red. chodzi o „Piwo. Wszystko, co musisz wiedzieć, żeby nie wyjść na głupka”) czyta się szybko, ale nie ma w niej nadmiernych uproszczeń. Uważam, że nie powinno się zbytnio upraszczać, bo można powiedzieć nieprawdę. Tak, rzeczywiście czuję jakąś odpowiedzialność szczególnie za to, aby budować pozytywny wizerunek piwa. 

Z jednej strony mentorstwo, z drugiej popularyzacja, a czy gdzieś pojawia się myśl: „No przecież to tylko piwo?” (uśmiech).

To jest podejście w stylu, jak czasami mówią fani piłki nożnej, że jest to najważniejsza z rzeczy niepoważnych. Dla mnie najważniejszą z rzeczy niepoważnych jest piwo. (uśmiech). Ale rzeczywiście przykładam do niego dużą wagę, zajmuję się nim nawet kilkanaście godzin dziennie i to od kilku dobrych lat…

To proszę zdradź naszym Czytelnikom, jak to się wszystko zaczęło…

Zacząłem od wina domowego. Nie byłem już wtedy studentem, ale miałem wyjątkowo studencką motywację – chciałem po prostu mieć tani alkohol. Okazało się, że robienie win domowych jest fascynujące, ale ten temat przestał mnie interesować, kiedy dowiedziałem się, że można robić piwo w domu. Wtedy otworzył się przede mną cały, wielki świat. Zobaczyłem, że piwo to nie jest złocisty trunek i że może mieć sporo innych wariantów kolorystycznych. Próbowałem piw zagranicznych, bo wtedy w Polsce trudno było dostać inne piwa niż jasny lager, porter bałtycki czy ciemne. A ja zanim uwarzyłem piwo w jakimś stylu, to najpierw chciałem je posmakować. Zaczęłam też dużo czytać na ten temat, m.in. żeby znaleźć najlepszego przedstawiciela danego stylu i tak to mnie wciągnęło.

Wielu piwowarów domowych, decyduje się na założenie własnego browaru.  A Ciebie nie kusiło takie rozwiązanie?

Myślałem o tym przez jakieś 2-3 lata, nawet rodzinnie byliśmy dosyć zaawansowani w pewnych ustaleniach. Ojciec kupił budynek, w którym dzisiaj jest pub, a miał być browar. Jednak ja któregoś dnia zadałem sobie, jak mawia bohater filmu „Chłopaki nie płaczą” jedno bardzo ważne pytanie – co najbardziej lubię w życiu robić. I co robiłbym, gdybym miał nieograniczone zasoby finansowe. Doszedłem do wniosku, że wcale nie otwierałbym browaru, ale jeździłbym po świecie, pił piwa z różnych browarów i poznawał piwowarów. A niestety, browar to bardzo absorbująca działalność. Nie można wywiesić na dwa tygodnie kartki „Nieczynne”, bo tam jest piwo i cały czas drożdże pracują. Jeżeli otworzyłbym browar, to nie miałbym czasu na sędziowanie czy nagrywanie filmów. Stwierdziłem, że za kilka lat w Polsce będzie z 500 browarów, a ludzi, którzy zajmują się full-time piwem, poprzez pisanie książek, kręcenie filmów i wystąpienia nie będzie tyle. Takich  osób obecnie jest kilka, może kilkanaście.

A Kopyra jest tylko jeden. Rzeczywiście, piwna rewolucja trwa i ma się całkiem dobrze. A jak  myślisz, jaka będzie jej przyszłość?

Zawsze odpowiadam, że nie mam pojęcia. Jeszcze 5 czy 10 lat temu nie spodziewałem się, że to może pójść w takim kierunku. Myślałem, że w każdym powiatowym miasteczku będzie jeden browar restauracyjny, w którym będą warzone 3-4 piwa. W życiu by mi nie przyszło do głowy, że mimo iż browarów nie ma jeszcze 500 (obecnie jest około 250), to liczba nowych piw na rynku rokrocznie będzie przekraczać 1500. Okazuje się bowiem, że browary nie mają po kilka, ale rotacyjnie po kilkanaście czy kilkadziesiąt piw w ofercie. To mnie bardzo zaskoczyło. Zdziwiło mnie  też to, że piwo rzemieślnicze tak szybko znalazło się w marketach, w których zazwyczaj za wszystko się płaci ( w tym za indeks, miejsce na półce czy gazetkę). A tymczasem okazało się, że takie sklepy też chcą mieć takie piwo na półce, aby wyróżnić się wśród konkurencji. W Stanach Zjednoczonych zajęło to 20-30 lat, a w Polsce 2-3 lata.

Może wynika to z tego, że Polacy są spragnieni dobrego piwa?

Zawsze powtarzam, że koncerny piwowarskie w Polsce zrobiły dużo złego, ale mimowolnie  również coś dobrego. Przygotowały bowiem grunt pod piwną rewolucję. To ich piwo zostało tak wyjałowione ze smaku, że zaczęło to męczyć klientów. Klienci, pijąc piwo rzemieślnicze, od razu czują różnice, bo są one fundamentalne. Poza tym, w odróżnieniu od tradycyjnych rynków jak Czechy czy Niemcy, gdzie konsument ma mocno i wąsko sprecyzowane pojęcie co on sobie wyobraża jako piwo, to klient w Polsce jest otwarty. „Piwo pachnące grejpfrutami z chmielu – Super!”, „Wanilią z beczki?  – Wow!”, „Z herbatą, kawą? – Też świetnie”. Tych wariantów jest mnóstwo.

Ponadto polski beergeek (piwny świr) kocha być zaskakiwanym i uwielbia nowości. Na początku popularne było piwo mocno chmielone, później kwaśne, wędzone, teraz furorę święcą piwa leżakowane w beczkach. Poza tym, co jest zaskakujące, obecnie w Polsce bardzo szybko adaptują się trendy z zagranicy. Teraz popularne jest także piwo w stylu New England IPA, które zaczęło być popularne w Stanach nieco ponad rok temu. A tymczasem w Polsce już mamy kilkanaście przedstawicieli tego stylu.

A co sądzisz o „podpinaniu się” wielkich koncernów pod piwną rewolucję?

Wszędzie na świecie budzi to kontrowersje. W Stanach jest podkreślany podział na piwa craft

(rzemieślnicze) i crafty, czyli sprytne, cwane.  Uważam, że jeżeli te piwa nie są robione na skróty i są użyte odpowiednie chmiele, drożdże, to jest korzystne. Cały polski kraft nie ma bowiem nawet jednego procent potencjału marketingowego jaki mają koncerny. Jeżeli klient w telewizji usłyszy np. o American Pale Ale z dużego browaru, to jest duża szansa, że złapie bakcyla. Zapewne bowiem  zacznie szukać o tym informacji w internecie. Może zdziwi go to, że w Polsce jest 250 browarów i stwierdzi, że chce spróbować czegoś innego. Koncerny piwowarskie z jednej strony nie chcą popełnić błędów ze Stanów i zlekceważyć konkurencji. Z drugiej strony ich działalność napędza klientów browarom rzemieślniczym.

Rozmawiamy podczas Warszawskiego Festiwalu Piwa na Stadionie Legii. Na takich imprezach można poznać nowe smaki, dowiedzieć się czegoś więcej o piwach czy kulturze piwnej. Uważasz, że takie festiwale są potrzebne? 

Tak, gdyż pełnią funkcję popularyzatorską. Zawsze chciałbym, żeby przyszło jeszcze więcej „cywili”, czyli ludzi, którzy znają piwo tylko jako ten złocisty trunek do popijania pizzy czy podczas oglądania meczu. Mam taki frekwencyjny niedosyt w takich przypadkach (uśmiech).

Warto więc zacząć piwną przygodę z piwem kraftowym?

Nie można zachęcać do picia piwa, bo to jednak alkohol. Zachęcam jednak do sięgnięcia po coś innego niż zwykle. Nigdy nie mówię: „Pijcie piwo”, tylko raczej mówię, że zamiast pić ciągle to samo piwo, wyjdźcie poza strefę komfortu i spróbujcie coś czego normalnie byście nie spróbowali.

Dzisiejsze czasy są naprawdę fascynujące. Nie mamy żadnych problemów, aby w Polsce kupić piwa z całego świata. Owszem, nawet 500 lat temu piwo było eksportowane do innych krajów, ale nie było tak, że w jednym miejscu na świecie można mieć dostęp do stu kilkudziesięciu piwnych stylów. Teraz jest zdecydowanie łatwiej. Myślę, że to może być także fascynująca przygoda podróżnicza. Pijąc piwo z innego państwa lub w stylu, wywodzącego się z jakiegoś innego kraju można powiedzieć, że w pewien sposób wirtualnie podróżujemy. Z drugiej strony można planować podróże pod kątem odwiedzenia kraju czy miasta, które słynie z piwa i spróbowania go tam na miejscu To też jest fascynujące.

Niestety, często spotykam się z nastawieniem, zwłaszcza wśród kobiet, które mówią, że nie lubią i nie piją piwa, bo jest gorzkie. I trudno mi jest wytłumaczyć, że piwo nie musi takie być i że jest wiele różnych stylów…

To wszystko kwestia pewnego obrazu, który wiele osób ma w swojej głowie. Tego, że piwo jest żółte, ma białą pianę i jest nagazowane. Jedni powiedzą, że jest gorzkie, inni że nie jest. Tak naprawdę, jak już wspomniałem, to piwa masowe są w porównaniu do rzemieślniczych pozbawione goryczki i wyjałowione ze smaku. Natomiast bywają piwa, jeszcze łagodniejsze niż te sklepowe lagery  (które nie mają wprawdzie goryczki, ale nie mają też nic innego). A są przecież piwa słodkie, kwaśne, owocowe, kawowe czy takie, które przypominają wina czy likiery… Wariantów jest wiele. Po prostu trzeba spróbować, każdy znajdzie coś dla siebie. Można nie lubić jednego czy kilku stylów, ale nie ma ludzi, którzy mogą z pełnym przekonaniem powiedzieć: „Ja nie lubię piwa”. Nie jestem jednak za tym, aby na siłę kogoś zmuszać.

Nic na siłę, bo trzeba sobie też powiedzieć, że to droga w jedną stronę, która czasem „boli”. Przychodzi się na grilla do znajomych, jest koncerniak (piwo z koncernu browarniczego – dop. red.)  i co wtedy? Pić się tego nie da (śmiech).

I co wtedy robisz?

Nie piję (uśmiech). Często w takich przypadkach przynoszę swoje piwo albo domowe, albo zakupione. Zwykle więcej, aby móc poczęstować.

Podczas rozmowy wspominaliśmy o Twojej książce „Piwo. Wszystko, co musisz wiedzieć, żeby nie wyjść na głupka”. Do kogo jest ona adresowana?

Dla każdego. Piwo to jeden z podstawowych produktów spożywczych. Mówi się, że towarzyszy nam tak długo jak chleb. Były czasy kiedy było ono tak właśnie traktowane, jako napój podstawowy – bezpieczny, bo poprzez gotowanie, wolny od zarazków. Kiedyś każdy wiedział jak się piwo robi. Tak jak teraz każdy wie jak powstaje zupa czy chleb. Dziś, wbrew pozorom, mimo iż jesteśmy na czwartym miejscu pod względem spożycia piwa, wielu Polaków nie ma pojęcia jak powstaje piwo. Pokutuje wiele mitów – najbardziej rozpowszechniony jest taki, że piwo jest z chmielu. A tymczasem jest to tylko przyprawa. Nie powiemy przecież o rosole, że jest zupą z marchewki, tylko jest wywarem z mięsa, kości. Tak samo z piwem – powstaje przede wszystkim ze słodu. A już mity o dolewaniu spirytusu czy bydlęcej żółci pokazują jedną ważną rzecz – Polacy nie są zadowoleni z piwa masowego i próbują sobie jakoś wytłumaczyć, gdzie tkwi haczyk. Stąd kontrowersyjny i nieco prowokacyjny tytuł mojej książki.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Krzesińska

anna.krzesinska@polskamowi.pl

Fot. z archiwum rozmówcy

Skomentuj