Coraz więcej pań jeździ na motocyklach. To dla nich nie tylko pasja, ale często także rodzinna tradycja. Kilka motocyklistek opowiedziało reporterce PolskaMowi.pl o swoich motocyklowych zainteresowaniach i związanych z nimi przygodach.

Weronika Kwapisz podkreśla, że w jej żyłach płynie benzyna, a to za sprawą „szalonej” Babci, która prowadziła warsztat motocyklowy do 94 roku życia. To właśnie ona przekazała wnuczce miłość do jednośladów.

Jedni na słowo babcia mają skojarzenia typu fotel bujany czy zapach pudru. Ja natomiast widzę moją Babcię z dłońmi umazanymi w smarze oraz czuję zapach słodkiej benzyny (śmiech). W dzieciństwie magicznym dla mnie miejscem był właśnie warsztat motocyklowy na ulicy Chłodnej w Warszawie, gdzie mogłam przyglądać się, jak za dotknięciem różdżki ożywają motocykle – wyjaśnia Weronika Kwapisz.  –  Pierwszą przejażdżkę „zaliczyłam” w wieku trzech lat. Do tej pory pamiętam ten dzień, kiedy to do mojego Taty przyjechał znajomy na motocyklu. Posadzili mnie z tyłu i dali mi za duży kask. Ledwo sięgałam podnóżków! (śmiech). Jednak nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy to pierwszy raz poczułam wiatr we włosach. Tego dnia nawet nie pokonałam jednego kilometra, ale emocje, jakie towarzyszyły jeździe motocyklem, sprawiły, że narodziła się we mnie pasja i wiedziałam, że to już nie kwestia czy będę jeździć, tylko kiedy wskoczę na motocykl – opowiada.

Po kilku latach podróżowania po Polsce zapragnęła dalszych wojaży. W 2011 roku zrealizowała pierwszą, dalekodystansową wyprawę okrążając małą „125tką” Europę – od Macedonii, Albanii po sam Gibraltar i pokonując ponad 12 000 km. Następnie była samotna wyprawa dookoła Ameryki Północnej na Triumphie Bonnevilleu, podczas której przejechała blisko 20 tysięcy kilometrów. 

Na motocyklu zwiedzałam miejsca, które wcześniej widziałam jedynie na filmach.  Każdego dnia poznawałam nowe osoby, które pokazywały mi swój kawałek świata. Pokochałam ten styl podróżowania i już po niespełna dwunastu miesiącach znowu wskoczyłam na motocykl (ponownie na „125tką”) i odwiedziłam takie miejsca, jak  Islandia, Wyspy Owcze, w sumie przejeżdżając 16,500 kilometrów. Cieszę się, że mogę dzielić się z ludźmi moimi przygodami dzięki wydanej książce. Wzruszam się, gdy czytelnicy piszą, iż czują wiatr we włosach, czytając ją, ale największym dla mnie komplementem jest moment, kiedy to ludzie przyznają, że moja historia dodała im otuchy, była takim bodźcem, który sprawił, że odważyli się zrealizować własne marzenia. Mam nadzieję, że dalej będę inspirować ludzi do realizacji marzeń, ruszenia się z domu, bo życie jest za krótkie, by spędzić je z pilotem w ręku – podkreśla pani Weronika.

Również Kornelia Jasieniecka od najmłodszych lat miała do czynienia z  motocyklami. Już jako dziecko jeździła jako „plecaczek” ze swoim tatą. I to on zaszczepił w niej pasję do tych stalowych maszyn. Uwielbia motocyklowe wycieczki – zarówno po najbliższej okolicy, bez celu – dla samej przyjemności jazdy. Jeździ też na dłuższe wyprawy, odwiedzając znajomych i rodzinę. Zazwyczaj spotyka się z pozytywnymi reakcjami innych użytkowników szos, choć na brak różnych przygód nie narzeka. – W majówkowy weekend wraz z kolegą wybraliśmy się na spontaniczną przejażdżkę, która zakończyła się kilkudniowym wyjazdem i przejechaniem…. 1600 kilometrów. Nie obyło się bez przygód. Pojawił się problem z brakiem paliwa na autostradzie, a my byliśmy 15 kilometrów od najbliższej stacji benzynowej i musieliśmy przelewać paliwo z jednego baku do drugiego. Mieliśmy też przygodę z borsukiem, który spacerował sobie po jezdni w środku nocy oraz kłopot z uszkodzoną szybą. Na szczęście wszystko zakończyło się dobrze, pozostały tylko zakwasy od walki z wiatrem – uśmiecha się Kornelia Jasieniecka.

Magdzie Orłowskiej miłość do motocykli została „zaszczepiona” przez dziadka i tatę, kiedy była dziewczynką.

„Plecakowałam” przez wiele lat i spędzałam czas w garażu, podczas, gdy moje koleżanki malowały się, stroiły i umawiały na randki. Po wielu latach jako pasażer przyszedł czas na własny motocykl i prawo jazdy kategorii A. Z przebytymi kilometrami zawierałam też nowe znajomości, w tym z paniami z kobiecego portalu motoryzacyjnego Speed Ladies. Pomagamy innym kobietom odnaleźć się w cudownej, motoryzacyjnej pasji  – podkreśla Magda Orłowska.

Do tej pory pamięta jak kiedyś minęła na autostradzie jakieś auto z dwoma panami, którzy później jechali za nią kilkanaście kilometrów aż na stację benzynową.

Kiedy zdjęłam kask usłyszałam ich zdziwione słowa „Przecież to laska”.  Roześmiałam się i chwilę porozmawialiśmy. Bardzo miło to wspominam – uśmiecha się pani Magda.

Z kolei Agata Wrońska swoją motocyklową przygodę rozpoczęła  dopiero w wieku 27 lat. Wszystko zaczęło się od chęci odrestaurowania skutera, którym w latach 70. jeździli jej rodzice.  Aby móc na nim także jeździć, musiała zrobić prawo jazdy na motocykl. Później kupiła swój motocykl i przejechała na nim przez kilkanaście krajów m.in. Czechy Austrię, Słowenię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Czarnogórę, Albanię, Macedonię, Grecję, Serbię, Kosowo czy Litwę. Najciekawszą bodajże motocyklową przygodę przeżyła na Bałkanach.

Kiedy z trzema kolegami przekraczaliśmy granicę w Bośni i strażnik zobaczył kobietę na motocyklu, pobiegł do swojej budki, wziął kask i chciał żebym go przewiozła. Stwierdził, że inaczej mnie nie przepuści przez granicę. Udało mu się wytłumaczyć, że ja nie biorę „plecaków” na przejażdżkę – śmieje się Agata Wrońska.

Nasze rozmówczynie podkreślają, że stwierdzenie, iż motocyklista to dawca organów jest błędne. Często bowiem motocyklista umiera na miejscu i nie ma możliwości pobrania organów. Poza tym po wypadku ciało często znajduje się w takim stanie, że nic nie nadaje się na przeszczep

Ja wszystkim powtarzam taką ciekawostkę, że jak motocyklista ma wypadek i umiera, to jedyną rzeczą jaką można od niego pobrać jako dawcy, jest rogówka z oka – podkreśla Agata Wrońska.

Ja zaś zawsze mówię, że to stereotyp i z uśmiechem na twarzy oraz oczami Kota ze „Shreka” odpowiadam pytaniem „Czy ja wyglądam na dawce organów?” –  podsumowuje Magda Orłowska.

Anna Krzesińska

anna.krzesinska@polskamowi.pl

fot. archiwum rozmówczyń

 

 

 

Skomentuj