Nie dali się zniszczyć nawet w komunie, kiedy obok państwowych przedsiębiorstw taksówkowych trzymali się mocno prywaciarze. Socjalistyczne państwo z nimi walczyło, a cierpieli pasażerowie.

Bywało, że po godzinnym wyczekiwaniu na postoju taksówek podjeżdżała upragniona limuzyna, a z wozu wyłaniał się szofer i z szelmowskim uśmiechem informował, że kurs odbędzie się na Wolę – kiedy my na nasze nieszczęście potrzebowaliśmy akurat na Żoliborz – a komu nie po drodze może sobie dalej marznąć, przestępując z nogi na nogę.
Dwudziestolecie i wiek XIX to czas gdy na warszawskich ulicach królowały dryndy czyli dorożki, na koźle których zasiadał dumnie wąsaty warszawski sałaciarz. Początek fiakrów w Warszawie to rok 1784, wówczas kilku zamożnych, dziś powiedzielibyśmy stylistów, czyli fryzjerów zawarło spółkę fiakierską. Wytyczono trzy postoje: przy kolumnie Zygmunta, przed kościołem świętego Andrzeja na dzisiejszym placu Teatralnym i na ulicy Elektoralnej. Kurs opłacało się w znajdującym się nieopodal sklepie lub w specjalnej budce, gdzie pisarz notował godzinę odjazdu i wydawał blaszkę z numerem. Stawka była stała jeden złoty za kurs i dwa za godzinę jazdy. Fiakrzy pojawili się w miejscu wcześniejszej, nieudanej inicjatywy z 1777 roku. Przedsiębiorstwo Ossudy i de Clair na czterech postojach (Stary i Nowy Rynek, u wylotu dzisiejszej trasy W-Z i przed Wizytkami) ustawiło lektyki. Ten środek transportu jednak się w Stolicy nie przyjął – Warszawiacy uznali go za zbyt powolny – i po dwóch latach interes zwinięto.
Skąd w Warszawiakach to zamiłowanie do poruszania się pojazdami? Oczywiście chodziło o prestiż, ale nie tylko. Stolica tonęła w błocie. Bruk na nielicznych ulicach był rozwalany przez wypuszczane na noc z komórek świnie, rozbijany przez ciągnięte za wozami drewniane kłody, a i jego wykonanie pozostawiało wiele do życzenia. Po opadach błocko na ulicach sięgało kolan. Dlatego do czasów stanisławowskich, kiedy to stan stołecznych dróg nieco się poprawił, za wstydliwe uchodziło poruszanie się powozem zaprzężonym w mniej niż sześć koni. Para zwierząt nie była w stanie ciągnąć pojazdu przez te grzęzawiska. Kogo było stać jechał rozparty w karocy, a ufryzowane fircyki w pończochach nie śmierdzące groszem korzystały z najstarszego i najtańszego warszawskiego przewozu osób, XVIII-wiecznego Ubera; najmowały tęgiego draba, który na własnych plecach niósł delikwenta pod wskazany adres, stawiał czystego na progu, inkasował opłatę i już rozglądał się za kolejnym klientem.

Dominik Rutkowski

Korzystałem z Jan Bystroń – Warszawa. Wyd. Ludwika Fiszera 1949.

Skomentuj