Choć wielu osobom uliczne granie kojarzy się z żebractwem, dla grających to nie tylko sposób na zarabianie pieniędzy, ale także radość z kontaktu z ludźmi i z grania muzyki, którą lubią.

Przede wszystkim chcę się dobrze bawić, „podładować” energią od uśmiechających się do mnie ludzi, pograć muzykę, którą lubię, no i zdobyć trochę uznania. Mam wrażenie, że uliczne granie jest jednym z nielicznych zajęć, które mogę wykonywać bez poczucia „obciachu”. Wydaje mi się, że żyjemy w świecie, w którym najbardziej pożyteczne zawody są nisko płatne i mało prestiżowe. A uliczny grajek przecież nikomu nie szkodzi, a sprawia radość – podkreśla grający na gitarze i śpiewający Łukasz Wroński.

Zaczął występować na ulicy jeszcze w liceum. W czasie studiów jeździł autostopem po Europie ze znajomymi i postanowił, że będzie dorabiał, grając dla przechodniów. Kilka lat temu kupił samochód kempingowy i wraz ze swoją narzeczoną (która gra na klawiszach) wyruszył w objazd europejskich krajów z zamiarem utrzymywania się z grania. Bywało różnie. Czasem musieli sięgnąć po oszczędności, a czasem jednym graniem udało im się zarobić na cały bak paliwa oraz jedzenie i picie.

W pewnych aspektach można uznać, że to naprawdę lekka praca. Wystarczy pograć półtorej godziny i „po robocie”. Ale z drugiej strony trudno grać dłużej niż 90 minut, bo jest to zbyt męczące i gardło po prostu wysiada. Nie wiadomo też ile się zarobi – raz jest świetnie, a innym razem ludzie wrzucą do futerału kilka groszy lub zgoła nic. Ważne jest odpowiednie podejście – jeżeli ktoś ma bardziej biznesowe i myśli sobie, że jest zimno, on jest zmęczony, nie lubi muzyki którą gra, a ludzie go denerwują, ale musi się do nich uśmiechać, bo chce zarobić, to wtedy jest to uciążliwe i wkurzające. Ja jednak gram fajną muzykę, lubię ludzi i grając na ulicy przede wszystkim dobrze się bawię – stwierdza pan Łukasz.

Występowali na ulicach wielu europejskich miast. Czasem bywało, że ktoś z przechodniów przyłączał się do nich i śpiewał z nimi. Kilkakrotnie jakieś dziecko zafascynowało się graną przez nich  muzyką, a przy okazji jego rodzice też się „zasłuchali”. No i oczywiście nagrodzili grajków.  Kiedyś na promenadzie w hiszpańskiej Marbelli grali piosenkę “Summerwine” Nancy Sinatry. Jednemu z przechodniów tak się spodobała, że wrzucił do futerału aż 50 euro.

Bardzo często jest też tak, że ktoś reaguje pozytywnie dlatego, że zna i lubi utwór, który gramy. Kiedyś jeden starszy pan próbował nas bronić przed policją bo graliśmy “piosenkę jego młodości”, a oni przyjechali, bo nie mieliśmy pozwolenia i kazali nam przestać grać. Generalnie częściej pozytywnie reagują starsi niż młodzi. Pamiętam jeszcze jedną bardzo sympatyczną sytuację. Kiedyś graliśmy blisko placu zabaw w Bermeo w Kraju Basków. Dołączyła do nas gromadka tamtejszych dzieciaków, która zaczęła bawić się naszym sprzętem, przygrywała na tamburynie. Jeden z nich koniecznie chciał zaśpiewać, a jak go wpuściliśmy przed mikrofon, to wyciągnął smartfon i włączył z niego na cały regulator jakieś hiszpańskie disco-polo  Wtedy mało zarobiliśmy, ale bawiliśmy się naprawdę dobrze – uśmiecha się pan Łukasz.

Czasami zdarzały się mniej przyjemne sytuacje. Kiedyś ktoś wrzucił mu do futerału popękaną solniczkę, a w jednej z nadmorskich miejscowości pewien pijany człowiek kazał mu grać tylko polskie piosenki. Argumentował, że skoro grający są z Polski, to mają śpiewać po polsku. Niestety, był przy tym bardzo uciążliwy.

Aby legalnie grać na ulicy, w prawie każdym mieście wymagane są pozwolenia (które trzeba kupić w urzędzie miasta), a w niektórych miejscach zamiast/oprócz pozwoleń trzeba wiedzieć, jakie  są lokalne regulacje prawne.

– Na przykład w Kolonii kiedyś było tak, że można sobie grać, ale nie dłużej niż pół godziny w jednym miejscu. Po 30 minutach grania trzeba się przenieść w miejsce, z którego nie byłoby nas słychać, gdybyśmy stali w miejscu poprzednim. W razie czego funkcjonariusze organoleptycznie oceniali czy grajek nie przeniósł się zbyt blisko.  Z kolei w Belgradzie obowiązywały, a może nadal obowiązują, egzaminy na grajków ulicznych. Komisja ocenia czy dany grajek zwiększa atrakcyjność turystyczną miasta czy wręcz przeciwnie. Jak zda egzamin, to może grać – tłumaczy pan Łukasz.

Anna Krzesińska

anna.krzesinska@polskamowi.pl

 

Skomentuj