Pani Gżdylcymbalska oraz pan Niepozornicki oświadczyli na łamach mediów społecznościowych, że ich oba psy ukończyły kurs czystości. My, odbiorcy tej informacji, oświadczamy natomiast, że nas to nie interesuje, bo: 1 – temat jest nieciekawy, bo oczywisty; 2 – nie znamy Gżdylcymbalskiej i Niepozornickiego.

Co nas obchodzą sprawy tych dwojga?! Nawet mogą te psy zjeść, pokłócić się o jakość pieczeni i rozwieść! To ich życie. Nie będziemy się nad tym rozwodzić!

Dzień później czytamy na tym samy portalu oświadczenie znanej diwy i architekta, że proszą o uszanowanie ich decyzji o rozstaniu.

Jak to?!?! Jak mamy szanować decyzję o separacji tych ludzi? To nie Gżdylcymbalska, żeby się tym nie interesować! W tym wypadku nie ma czegoś takiego jak: „to ich życie”! Nad tym rozwodem będziemy się rozwodzić aż do… aż do… no, aż do następnego takiego rozwodu! Mało tego – wywleczemy wszystkie podobne sytuacje – czyli rozwody.

Tylko podobnych sytuacji, czyli klęski uczucia dwojga ludzi, jest masa! Ta para o wymyślnych nazwiskach z początku felietonu, jest symbolem anonimowości. Co wcale nie oznacza, że rozwód nieznanych ludzi jest przyjemny. Może smak pieczonego psa jest inspiracją do publicznej debaty na temat stałości rodziny?

Dla znanych ludzi rozwód jest małym kłopotem. Wielkim problemem, jest gawiedź, która ocenia to po swojemu. I litości nie ma. A już na pewno zrozumienia.

Przecież decyzja o rozpadzie rodziny nie jest podejmowana, dla zabawy. I nie wyłącznie celebrytów to dotyczy. Oczywiście możemy powiedzieć, że celebryci wcześniej, czy później się rozwiodą na pewno. Bo od sławy, telewizji i błysku fleszy im się we łbach poprzewracało.

Ale rozwód znanej osoby to nie jest wynalazek współczesności.  Chaplin był w swoim czasie celebrytą. Henryk VIII też! Może ta profesja (celebryta) ma taki wpływ na życie uczuciowe? Jeśli tak, to dobrze że nie śpiewam, nie „modelinguję” lub nie „aktorzę”!!!

Bywalcy salonów fotografowani „na ściankach” to też ludzie. Skaleczeni krwawią, ukąszenie komara ich swędzi, utracona miłość boli.

Świadomi, tego, że każdy ich krok jest obserwowany, starają się uprzedzać informacje o ślubach, rozwodach, narodzinach, a nawet o pogrzebach! Bo skoro zachowanie prywatności jest niemożliwe, to lepiej już powiedzieć samemu to, co i tak zaraz będzie w mediach. Można to jakoś kulturalnie zaserwować, tak po swojemu.

Od pewnego czasu więcej krytyki spada na to jak celebryci informują o wydarzeniu, niż o podmiocie informacji. Dla plotkarskich mediów to oczywiście strata. Ale dla pisarza, piosenkarki, czy aktora, to ulga. Poniewierany jest list. Słowa. Ludzie ciut mniej.

Nie oceniam samego faktu niestałości uczuć osób ze zdjęć „kolorowej prasy”. Spotkałem rolnika po pięciu rozwodach, pielęgniarkę po raz czwarty w białej sukni… Czemu o nich jest cicho? Dwa rozwody kompozytora, czy reżysera, to żaden rekord! Czemu interesujemy się tak życiem artystów? Ich dzieł słuchanie, czytanie lub oglądanie jest dobre i sprawia nam przyjemność, więc dla równowagi szukamy w nich zła i irytacji? Na siłę? Każde ich niepowodzenie sercowe  wywlekamy i rozciągamy publicznie.

A może zmienne uczucia są dla sztuki napędem? Kto nie zna, niech poczyta korespondencję Osieckiej i Przybory! Czy potępiamy ich za romans, który obudził w nich tyle poezji?  A Mickiewicza? Bez  tłumu kochanek, „Pan Tadeusz” by stracił kilka scen! Cud, że nie było Mickiewicza na „fejsie”. Albo szkoda, bo oświadczenie o kolejnym rozstaniu z partnerką pisałby czternastozgłoskowcem.

My musimy się zadowolić prozą Justyny i Macieja. Oczywiście szans na spełnienie ich prośby o zostawienie w spokoju – nie spełnimy. No chyba, że to  Justyna Gżdylcymbalska oraz Maciej  Niepozornicki. Wtedy to ich prywatna sprawa! I tylko nad anonimowym rozwodem się nie będziemy, nomen omen, rozwodzić.

Mirosław Olędzki

Czy zgadzasz się z autorem?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Skomentuj