Widzisz a nie zawsze wiesz. Tym razem Ewa Sztompke opowiada reporterce portalu Polskamowi.pl o pomniku księcia Józefa Poniatowskiego.

Dwa lata po śmierci księcia Józefa Poniatowskiego w nurtach rzeki Elstery, jego kuzynka Anna z Tyszkiewiczów Potocka wyjednała u cara Aleksandra I zezwolenie na postawienie księciu pomnika. W listopadzie 1815 roku zawiązał się komitet budowy z księciem Adamem Czartoryskim i gen. Stanisławem Mokronowskim na czele.  Komitet opublikował w ówczesnej prasie odezwę do społeczeństwa, która stała się początkiem spontanicznej akcji składkowej.

Po dwóch latach zbierania funduszy, w 1817 roku, zlecono wykonanie pomnika duńskiemu rzeźbiarzowi, mieszkającemu w Rzymie, Bertelowi Thorvaldsenowi. Za zgodą cara wybrano również lokalizację – plac przed Pałacem Radziwiłłów (obecnie Pałac Prezydencki) przy Krakowskim Przedmieściu.

Thorvaldsen, rzeźbiarz światowej sławy, zapewne musiał mieć sporo zleceń, bo nie spieszył się z projektem pomnika księcia Poniatowskiego. Lata mijały, polski komitet wysyłał kolejne prośby i ponaglenia, a artysta usprawiedliwiał się zmęczeniem i brakiem odpowiedniej pracowni do wykonania dzieła  tak wielkich rozmiarów, jak zażyczyli sobie zamawiający. Wreszcie w 1829 roku, po dwunastu latach oczekiwań, gipsowy model pomnika, przypłynął drogą wodną i przez Gdańsk dotarł do Warszawy.

Pojawienie się w Warszawie modelowego wizerunku  księcia Józefa zamiast eksplozji radości wywołało burzę kontrowersji. Spodziewano się bohatera odzianego w zbroję, walecznego  polskiego żołnierza, a tymczasem otrzymano projekt mocno rzymski, wzorowany na Marku Aureliuszu. Czarę goryczy przechylał strój księcia. Jeździec na koniu, odziany w przykrótkie szaty, wydawał się półnagi. Krytycy nazwali to dzieło „książę w prześcieradle”, a niektórzy z nich znaleźli związki z młodzieńczymi ekscesami księcia Józefa, jakim były nagie, konne przejażdżki po ulicach Warszawy. Pojawiały się również opinie pozytywne.  Zaproponowany model, wśród niektórych, budził podziw swą monumentalnością, rozmiarami  i artyzmem.

W lutym 1830 roku rozpoczęto  odlewanie w brązie tak długo oczekiwanego pomnika. Prace odlewnicze trwały dwa lata. I te dwa lata  diametralnie zaważyły na dalszym  losie księcia Józefa i jego konia.  Car Mikołaj I, rozeźlony na niewiernych Polaków, którzy odważyli się wystąpić przeciwko niemu w Powstaniu Listopadowym, rozwiał wszelkie nadzieje. Swoim rozkazem kazał pomnik przewieźć do twierdzy w Modlinie. Miało to związek z przemianowaniem tej twierdzy na Nowogieorgiewską  i  planem przetopienia księcia Józefa na patrona twierdzy św. Jerzego. Transport do Modlina wymagał rozebrania pomnika na mniejsze części. W 10 skrzyniach przewieziono księcia Poniatowskiego i jego konia do twierdzy. Na szczęście o planach przetopienia pomnika zapomniano.

Dziesięć lat później carscy żołnierze, porządkując twierdzę, odnaleźli skrzynie z  napisem „Poniatowski” . Przypuszczając, że to pomnik ostatniego króla Polski, skrzynie rozpakowano i dzieło Thorvaldsena zmontowano na dziedzińcu twierdzy tuż przed inspekcją cara. Widok księcia Józefa nie wywołał euforii u cara. Przeciwnie, witający go usłyszeli tylko jedno słowo: „razbit”. I tak pewnie zakończyłaby się wędrówka Poniatowskiego i jego konia, gdyby nie zachłanność  Iwana Paskiewicza. Zdobywca i pacyfikator Warszawy z czasów Powstania Listopadowego, późniejszy namiestnik Królestwa Polskiego za zgodą cara postanowił dołączyć  ten pomnik do kolekcji  armat stojących w jego rezydencji w Homlu. I tak w 1842 r. Józef Poniatowski zagościł  na tarasie pałacu Paskiewicza na Ukrainie.

Car Mikołaj I nie zapomniał o miejscu, które pierwotnie przeznaczył na pomnik Poniatowskiego. W Warszawie, przy Krakowskim Przedmieściu, na dziedzińcu przed Pałacem Namiestnikowskim w 1870 roku stanął wizerunek Iwana Paskiewicza. Po upadku kolejnego zrywu niepodległościowego, Powstania Styczniowego, fakt ten miał dla Polaków wymowę nader oczywistą.

W czasie zmagań na frontach I wojny światowej powstał projekt wymiany obu pomników, ale w istniejących realiach  okazał się praktycznie niewykonalny. Iwana zdemontowano z warszawskiego pomnika już w 1917 roku. Ocalałą żeliwną płytę z cokołu pomnika Paskiewicza możemy dziś zobaczyć w Muzeum Wojska Polskiego, reszta  postaci  carskiego feldmarszałka  została zniszczona.

Książę Józef Poniatowski powrócił do Warszawy w 1922 roku na mocy traktatu ryskiego zawartego między Polską i Związkiem Radzieckim. Tymczasowo pomnik ustawiono na dziedzińcu Zamku Królewskiego. „Dziura” po  Paskiewiczu źle się kojarzyła. Za nową lokalizacją dla pomnika przemówił sam Józef Piłsudski, który wyraził chęć oglądania swego ulubionego bohatera narodowego z  okien Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, a ten mieścił się wówczas w Pałacu Saskim.

3 maja 1923 roku na placu Saskim w obecności dwóch marszałków:  Piłsudskiego  oraz zaproszonego na rozmowy dyplomatyczne, obdarowanego polską buławą, marszałka Francji  Ferdynanda Focha, dokonano uroczystego odsłonięcia pomnika księcia Józefa Poniatowskiego. Na ten moment Warszawa czekała ponad sto lat. Okrutny los nie pozwolił jednak naszemu księciu zagrzać tu miejsca na długo. 16 grudnia 1944 roku na rozkaz niemieckiego generała von dem Bacha  pomnik polskiego generała, księcia, bratanka ostatniego króla Polski, został wysadzony w powietrze.

Kiedy po wojnie w 1945 roku porządkowano magazyny fabryki Lilpopa,  odkryto tu istny składzik zdemontowanych przez hitlerowców warszawskich pomników, bądź ich fragmentów.  Części należących do naszego księcia odnaleziono niewiele. Dziś możemy zobaczyć je na dziedzińcu Muzeum Powstania Warszawskiego.

I nie byłoby dzisiaj w Warszawie księcia Józefa ani jego rumaka gdyby nie dobroduszność narodu duńskiego. Na podstawie zachowanego w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze modelu pomnika Poniatowskiego postanowiono dokonać ponownego odlewu. W listopadzie 1951 roku „nowy” książę Józef przyjechał do Warszawy. Ale wtedy rządził tam inny Józef i  bratanek królewski został powitany w Warszawie bez entuzjazmu. Ponownie wybuchła dyskusja nad tematem, gdzie wypada księcia na koniu ustawić. Ostatecznie, z powodów politycznych, aby nikomu nie „zakłócać” ideologii, Józef Poniatowski stanął skromnie na dziedzińcu przed Starą Pomarańczarnią w dawnej rezydencji swego stryja w Łazienkach.

Tej decyzji nie mógł darować władzom komunistycznym lud Warszawy, który domagał się przeniesienia pomnika na pierwotnie przeznaczone mu miejsce – Krakowskie Przedmieście. W dawnym  pałacu  Radziwiłłów urzędowała teraz Rada Ministrów, która nie bardzo była gościnna dla księcia.  Głośna była wówczas  w Warszawie anegdota, że to  „koń księcia Józefa nie chce stać tyłem do żłobu”.

W 1964 roku do dyskusji na temat łazienkowskiego wygnania księcia Poniatowskiego włączyła się Polska Kronika Filmowa oraz liczne głosy w prasie, popierające pogląd, że pomnik powinien wrócić na Trakt Królewski.  W październiku 1965 roku, w rocznicę bitwy pod Lipskiem, książę Józef Poniatowski stanął na przeznaczonym mu  145 lat temu miejscu.  Szóstym (!) w jego burzliwej historii.  I oby to był koniec wędrówek  dzielnego księcia i jego konia.

Wysłuchała Anna Krzesińska

fot. Anna Krzesińska

anna.krzesinska@polskamowi.pl

Więcej ciekawych opowieści znajdziemy w Sekretach Warszawy.

Skomentuj