Z dyrektorem handlowym Piotrem Bagińskim z Wydawnictwa Czarne o projekcie ustawy, regulującej rynek wydawniczy rozmawia Anna Krzesińska

Co sadzicie Państwo o projekcie ustawy o jednolitej cenie książki, przygotowanej przez Polską Izbę Książki?
Zdecydowanie jesteśmy zwolennikami ustawy o książce, ograniczającej na pewien czas (w projekcie jest mowa o 12 miesiącach od premiery książki) wysokość rabatów udzielanych klientom detalicznym czy też „końcowym odbiorcom”.
Dlaczego?

Żeby wyjaśnić dlaczego muszę opisać sytuację obecną. W latach 90., aby ograniczyć możliwość manipulacji cenami książek (wtedy chodziło o ich zawyżanie) wydawcy zdecydowali się drukować na książkach ceny i w kontaktach z partnerami handlowymi posługiwać się rabatami od tych cen. Wtedy rabat udzielany księgarniom wynosił 25 do 30 procent ceny detalicznej, a hurtowniom do 40 procent. Przez te trochę ponad 20 lat, głównie na skutek tego, że pozycję dominującą na tym rynku mają duże firmy handlowe, znacznie silniejsze od każdego z największych nawet wydawców, rabaty te wzrosły tak, że dziś dochodzą do 60 procent, a średnio stanowią 50 procent wydrukowanej ceny. Oczywiście, w tej sytuacji wydawnictwa dawno by już upadły, gdyby nie zrekompensowały wzrostu rabatów wzrostem cen książek (a warto zauważyć, że aby zrównoważyć wzrost rabatu o jeden procent cena musi wzrosnąć o dwa procent).

Z drugiej strony coraz więcej książek sprzedaje się w wirtualnej sieci?

To prawda – a księgarnie internetowe generują przecież znacznie niższe koszty. Ponieważ jednak są często powiązane z innymi podmiotami, działającymi na tym rynku (hurtowniami czy sieciami handlowymi), to uzyskują takie same rabaty jak one. W rezultacie mają sporą nadwyżkę rabatu, którą oddają klientom.

W związku z tym coraz częściej bywa tak, że ludzie do księgarni czy na Targi przychodzą książki obejrzeć, zrobić zdjęcia, a kupują je w internecie, bo tam dostają większe rabaty. Sytuacja jest więc kuriozalna, bo wydawcy drukują na książkach ceny, których w zasadzie nikt nie przestrzega, co powoduje tylko bałagan i napięcia między klientami a księgarzami i księgarzami a wydawcami. Księgarnie, dla książki papierowej, są niezbędnym ogniwem rynku. Bez nich sprzedaż książek spadłaby jeszcze bardziej (a w Polsce średni nakład książki jest niższy niż w Czechach i Holandii), co oczywiście spowodowałoby wielokrotny wzrost cen zarówno książek papierowych jak i wersji elektronicznych. A więc w interesie wydawców jest każde działanie, wspierające księgarnie tradycyjne w nierównej walce ze sprzedażą internetową.

A jak Państwa zdaniem projektowana ustawa wpłynie na rynek?

Przede wszystkim ustalenie na jakiś czas maksymalnego poziomu dopuszczalnych rabatów na pewno nie spowoduje wzrostu cen drukowanych na książkach. Wręcz przeciwnie. Wydawnictwo Czarne zamierza na ten okres zmniejszyć udzielane swoim kontrahentom rabaty i dzięki temu obniżyć ceny drukowane na książkach. Nie wiemy jeszcze, jakie zasady zostaną ostatecznie przyjęte w ustawie, ale ja szacuję, że możliwe będzie obniżenie cen książek o ok. 10 procent. Ponadto w początkowym okresie po wprowadzeniu ustawy wzrosną ceny nowości sprzedawanych w internecie, ale we wszystkich innych kanałach obniżenie cen okładkowych zrekompensuje redukcję rabatu, więc tu niewiele albo nic się nie zmieni. I o to właśnie nam chodzi. Poza tym dwanaście miesięcy to nie jest bardzo długi okres w życiu książki, często o książce robi się głośno dopiero po 6-12 miesiącach, więc dla wielu bardziej cierpliwych klientów nic się nie zmieni. Zobaczymy, jakie będą realne efekty ekonomiczne, ale ja spodziewam się, że takie uporządkowanie rynku w dłuższym horyzoncie czasowym spowoduje wzrost sprzedaży książek, większe nakłady i pozwoli na większe obniżki cen książek po upływie tego okresu z usztywnionymi rabatami.

anna.krzesinska@polskamowi.pl

Więcej o projekcie można przeczytać tutaj.

Skomentuj