Mimo iż Monika Witkowska nie zdobędzie szczytu Broad Peak w Karakorum, to, jak podkreśla nasza podróżniczka, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – czas jaki został jej do wylotu wykorzysta na zwiedzanie Pakistanu. Portal PolskaMowi.pl jest patronem medialnym wyprawy.

Wczoraj kibicowaliśmy Jędrkowi Bargieli w próbnym zjeździe po bardzo stromej ścianie. Wszyscy czekają na dobrą pogodę. Jutro zaczynam powrót, ale już od kilku dni mam wakacje. Jakie to fajne uczucie – nie obchodzą mnie już prognozy pogody, nie wertuję wykresów opadów, siły wiatry, nie muszę podejmować żadnych decyzji kiedy planować wyjście w góry. Wreszcie mam spokojną głowę i radochę że niczego nie muszę, że mogę robić to co chcę

– relacjonuje reporterce PolskaMowi.pl Monika Witkowska.

            Tymczasem na stronie naszej podróżniczki pojawiła się kolejna cześć bloga z wyprawy, który tam pisze.

            18 lipca, z K2 Base Camp (5000 m) do BP Base Camp, 43 dzień wyprawy. Deszcz, karty i czyli chili

            Co za obrzydliwa pogoda! Praktycznie cały dzień pada. Deszcz! Chyba wolałabym śnieg, co na 5 tys. metrów wydaje się być bardziej oczywiste.

Przez ten deszcz zamiast wyjść rano do broadpeakowego base campu, wyszłam dopiero po południu. Po prostu czekałam aż przestanie padać, ale się nie doczekałam. Inna sprawa że i tak głupio byłoby wyjść, bo po śniadaniu wpadli w niezapowiedziane odwiedziny Baldia i Mauricio – urocza meksykańska para, próbująca zdobywać K2 już po raz drugi (rok temu nikt nie wszedł). Na Broad Peaku już byli, choć Mauricio zdobył tę górę dopiero za piątym podejściem. Widzę że z Broad Peakiem mało komu udaje się zdobyć szczyt od razu na pierwszej wyprawie. Oscar próbował już sześć razy, Tunc – trzy, a dzisiaj poznałam Chinkę, dla której jest to czwarta wyprawa na tę górę. Chinka (Luo Jing z Pekingu, nie mylić z Chinką z bazy pod K2) jest w bazie nowa. Zaskoczyło mnie, że teraz kiedy wszyscy już się zwijają, pojawił się zupełnie nowy obóz. Pogadałyśmy trochę, bo dziewczę i miłe, i dobrze mówi po angielsku, no i teraz już wiem, dlaczego przyszła tak późno. Otóż zamierza zostać kobiecą rekordzistką w zdobywaniu Korony Himalajów i Karakorum. Właśnie weszła na Nanga Parbat (szacun!), no i prosto z Nangi przeniosła się tutaj. Ma na koncie już 12 ośmiotysięczników, tak więc twarda z niej sztuka. Owszem, ma iluś tam Szerpów do pomocy, ale nie zmienia to faktu, że twarda z niej sztuka.

W bazie pod Broad Peakiem przywitano mnie tak mile, że utwierdziłam się w przekonaniu, że stworzyliśmy naprawdę zgraną paczkę. Nawet nie zdążyłam iść do namiotu zostawić plecaka – od razu wylądowałam w mesie Lela Peak na herbacie, która nie wiadomo kiedy przerodziła się w kolację (kucharz specjalnie dla mnie przygotował mój ulubiony deser). W międzyczasie wysłuchałam bazowe newsy, pogadaliśmy o wszystkim i o niczym, a potem graliśmy w karty, w grę której wcześniej nie znałam, polegającą na… oszukiwaniu (po angielsku nazywa się ją chyba Bluff). Najlepszy w oszukiwaniu był Armin-Irańczyk, ale ogólnie poziom był wyrównany, więc ogólnie było wesoło.

Szkoda tylko że nie udało mi się spotkać z Waldim, który akurat wybrał się do bazy pod K2 (nie wiem jak to się stało, że nie wpadliśmy na siebie po drodze), ani z Chilijczykami, którzy jeszcze nie wrócili ze „swojej” góry. Ponoć mieli trochę trudnych momentów, bo gdzieś tam na lodowcu się zgubili, tak więc Sana, ich oficer łącznikowy, zastanawiał się nawet czy nie organizować jakiejś akcji ratunkowej. No ale Jimmy i Andres to doświadczone chłopaki, poradzili sobie, a szczyt który był ich celem – zdobyli. Ponieważ była to góra do tej pory nie zdobyta, a nazwy jeszcze nie ma, nazwali ją Mirchi, co w języku urdu oznacza chili – papryczkę, choć w ramach gry słów, można to odnieść także do ojczyzny chłopaków (Chile – co w wielu językach wymawia się jako: chili).

Korzystając z obecności Akbara, szefa agencji Lela Peak (znak charakterystyczny Ażgara – kiedy inni chodzą w puchówkach, on niezmiennie ma na sobie krótkie spodenki), podpytałam go o poruszany już na tym blogu temat tradycji górskich. Okazuje się, że wśród mieszkańców górskich wiosek, wciąż żywa jest wiara w różne duchy które w górach mieszkają, budząc wśród tradycyjnie żyjących lokalsów strach i respekt (ale w yeti się tu nie wierzy). Ażgar słyszał, że niektórzy uważają że niedobrze jest w górach np. palić śmiecie czy zabijać zwierzęta (tak uważają przyjeżdżający do pracy na wyprawach nepalscy Szerpowie), ale on sam twierdzi, że trudno nie zabijać zwierząt jak się chce jeść mięso (to usprawiedliwienie dla zabijania kóz czy jakowołów), natomiast ważne jest by mieć szacunek dla gór i natury.

Cały blog znajdziesz TUTAJ 
Więcej informacji o wyprawie znajdziecie  TUTAJ.

Anna Krzesińska

anna.krzesinska@polskamowi.pl

 

Skomentuj