Każdy obywatel ma prawo do informacji o tym z kim spotykał się premier czy minister. Nie może jednak bezpośrednio zajrzeć do kalendarza ministra czy jego kopii. Taki wniosek płynie z najnowszych orzeczeń Naczelnego Sądu Administracyjnego. Wyroki są prawomocne.

 

 

Sądową batalię w sprawie dostępu do ministerialnych komentarzy zainicjowała jeszcze w 2014 r. Sieć Obywatelska Watchdog Polska, organizacja społeczna walcząca o realizację o zapisanego w Konstytucji prawa obywateli do informacji.
– Zwróciliśmy się do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz wszystkich ministerstw z wnioskami o udostępnienie kalendarzy spotkań oraz informacji o każdym odbytym spotkaniu począwszy od 1 stycznia aż do końca czerwca 2014 r. – informuje Paula Kłucińska, działaczka Sieci. Co ciekawe, kalendarze pokazały ministerstwa środowiska, obrony narodowej oraz rolnictwa i rozwoju wsi. Pozostałe urzędy odmówiły. Zasłaniały się najczęściej tym, że kalendarze to nie informacja publiczna, do której obywatel ma prawo. Urzędnicy przekonywali często, że prezentuje się w nich jedynie „czynność techniczną”. Że są narzędziem pomocniczym i mają charakter czysto „roboczy”. Powoływali się też na to, że  planowane spotkania ulegają częstym zmianom, więc publikowanie takich informacji mogłoby wprowadzić obywateli w błąd. Często twierdzili, że kalendarze zawierają również informacje prywatne np. o wizytach do lekarza. Sieć Obywatelska pozwała urzędników do sądu administracyjnego. Finał znalazły teraz sprawy m.in. przeciwko premierowi i ministrowi spraw wewnętrznych. We wszystkich przypadkach w pierwszej instancji Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie uznał, że sam kalendarz nie stanowi informacji publicznej, czyli przeciętny Kowalski nie może się go domagać od władzy. Ale już o informacja o odbytych spotkaniach najwyższych urzędników ma charakter publiczny. Z takim rozstrzygnięciem urzędnicy kancelarii premiera się nie pogodzili i wnieśli skargi do drugiej instancji. W sprawie przeciwko MSW skargę wniosła z kolei Sieć Obywatelska dowodząc, że kalendarz ministra nie jest niczym innym, jak informacją publiczną.
– Pełnomocnik premiera zarzucił nam brak doprecyzowania wniosku – nie wskazaliśmy w nim przecież, jakie spotkania nas interesują – oficjalne, robocze, krajowe, zagraniczne, z obywatelami, czy też z innymi instytucjami – tłumaczy działaczka stowarzyszenia. Zasłaniano się też tym, że niektóre informacje można znaleźć na oficjalnej stronie www.premier.gov.pl Naczelny Sąd Administracyjny przyznał częściowo rację Sieci. W ustnym uzasadnieniu obu wyroków przesądził, że informacja o odbytych spotkaniach organów państwa stanowi informację publiczną. Jednak jego zdaniem kalendarz spotkań jest jedynie narzędziem biurowym, technicznym. Służy on zatem jedynie jako pomoc w działalności ministerstwa, a co za tym idzie, nie można uznać go za informację publiczną i udostępniać. I ten wyrok jest już ostateczny.
Dlaczego Sieć tak mocno zaangażowała się w sprawę kalendarzy? Jakie znaczenie może mieć ten dokument dla obywateli?
– To podstawowa informacja o działaniu ministrów, czy innych osób pełniących funkcje publiczne. Wiedza o tym z kim i kiedy się spotykają pozwala na ocenę podejmowanych decyzji, w tym np. legislacyjnych – tłumaczy Szymon Osowski, prezes Sieci Obywatelskiej. I dodaje: „Nie ma zakazu spotykania się z różnymi środowiskami. Ministrowie muszą poznawać ich punkty widzenia. Jednak jako społeczeństwo musimy wiedzieć o tym. Nie wyobrażam sobie, że informacje o spotkaniach ministrów byłyby tajne.” Chodzi przecież o spotkania z przedstawicielami władz, lobbystami, politykami, przedstawicielami przedsiębiorców. To mówi nam jak ktoś realizuje zadania publiczne, do których został powołany.
– Art. 61 ust. 2 Konstytucji RP gwarantuje nam dostęp do dokumentów. Tymczasem sąd w obu rozstrzygniętych sprawach stwierdził, że nie ma obowiązku udostępnienia samego kalendarza jako dokumentu, ale trzeba z niego wypisać wszystkie spotkania i o nich informować. – podkreśla Osowski.
– Nikt nie wymaga od ministrów udostępnienia katalogu prywatnych spotkań; chcemy jedynie informacji na temat tego, w jaki sposób spełniają swoje funkcje publiczne w zakresie, w jakim uprawnia ich do tego urząd- tłumaczy Paula Kłucińska z Sieci Obywatelskiej.

Ewa Ivanova

 

Skomentuj