Pies w studni, kot na zbyt wysokim drzewie, krowa w szambie, wąż ukryty w skrzynce z cytrusami albo bocian zaplątany w krzyż na na wieży kościoła. Kogo w takich przypadkach wzywają mieszkańcy Siedlec i okolic?"

Siedlecka straż do zdarzeń związanych z ratowaniem zwierząt jest wzywana średnio około 10 razy w roku. W kategorii „nietypowe” więcej  i to o kilka razy – jest tylko przypadków dotyczących gniazd owadów błonkoskrzydłych.

Od psa po dziki

– Najczęściej chodzi o zwierzęta, które wpadają do niezabezpieczonych studni i innych obiektów głębinowych – mówi mł. bryg. Paweł Kulicki, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Siedlcach.

I podaje przykłady. W  Siedlcach kot, który wpadł do nieprzykrytej studni, pływał na desce na głębokości 9 metrów. Strażacy uratowali go, korzystając z liny z wiadrem. Niecałe pół roku później w Nowinach w gminie Wodynie psa z 12-metrowej pustej studni wydostał ratownik. W tym samym miesiącu w Siedlcach młody kot siedział w poziomej 6-metrowej rurze instalacji wody deszczowej na głębokości 2,5 metra. Uratowało go dopiero wpuszczenie wody o małym ciśnieniu do rury spustowej. Z kolei ponad 70-kilogramowy owczarek kaukaski wpadł do wąskiej studni w Klimontach w gminie Mordy. Na dół spuszczono ratownika, ale zwierzę wyślizgiwało się i zapierało grzbietem o kręgi. Powiodła się dopiero kolejna próba.

Częste są też wypadki z udziałem zwierząt gospodarskich. W Radomyśli w gminie Wiśniew w studni wylądował źrebak, a w Okninach w tej samej gminie – maciora. Miesiąc później siedleccy strażacy zasłynęli  na cała Polskę z wyławiając stado dzików ze zbiornika wody technologicznej przy gorzelni w Krzesku-Majątku (gmina Zbuczyn). Wreszcie  w Wólce Soseńskiej (gmina Mordy) krowy mleczne i jałówki wpadły do kanału technologicznego zbiornika na gnojowicę.

Przyzwyczajenie i zaufanie

– Strażacy ratują też  niezliczoną liczbę kotów na drzewach, które wdrapują się na czubek i nie potrafią samodzielnie zejść, a na dodatek często są nieświadomie straszone przez osoby stojące na dole i próbujące je zwabić – informuje Paweł Kulicki. – Działania związane z ich ewakuacją z tych trudnodostępnych miejsc nie należą do najprostszych. Często konieczne jest użycie specjalistycznego sprzętu ratownictwa wysokościowego, długich drabin, czy chemicznego.

Ostatnio strażacy z Siedlec ściągali kota z drzewa . Nieco wcześniej w Nowych Iganiach ratowali psa, który zakleszczył się w ogrodzeniu. Również wzywano ich  na ratunek bydłu, które uciekło z gospodarstwa i rozpierzchło się po wsi Olędy w gminie Mordy.

Brzmi sensacyjnie? Nie powinno, bo siedlecka straż interweniowała też w sprawach: węża zbożowego w skrzynce z owocami w jednym z miejskich supermarketów, psa uwięzionego we wnykach kłusowniczych, jaskółki zaplątanej w sznurki zwisające ze szczytu bloku wielorodzinnego czy bociana uwięzionego na wysokości 35 metrów w… krzyżu na wieży kościoła w Knychówku (gmina Korczew).

Jak tłumaczy rzecznik prasowy siedleckiej PSP, mało kto wie, że obowiązek interweniowania w takich przypadkach nakładają na straż pożarną przepisy:

– A dokładnie Rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie szczegółowych zasad organizacji krajowego systemu ratowniczo-gaśniczego. Dokument ten mówi, że system obejmuje działania ratownicze niezbędne do poszukiwania i dotarcia do zagrożonych lub poszkodowanych osób oraz zwierząt, a także zmniejszenia lub likwidacji bezpośrednich zagrożeń stwarzanych przez substancje niebezpieczne dla ludzi, zwierząt, środowiska lub mienia. Dlaczego w tak różnych przypadkach mieszkańcy wybierają akurat numer 998?

Co decyduje o tym, że do psów w studniach, kotów na dachach czy węży w sklepie mieszkańcy powiatu siedleckiego wzywają akurat straż pożarną? Zdaniem Pawła Kulickiego, to kwestia przyzwyczajenia  no i zaufania.

Skomentuj