Czar wypielęgnowanych amerykańskich samochodów z lat pięćdziesiątych? Wciąż żywy, choć coraz bardziej dogorywający komunizm? Wszechobecna muzyka i pełni wigoru tancerze? A może urok dekadencji, rozpadających się pałacyków i kamienic, wciąż noszących ślady dawnej świetności? Co takiego sprawia, że akurat ta karaibska wyspa przyciąga jak magnes?

– Jak TO jeszcze jeździ! – pełne niedowierzania okrzyki wyrywają się mimowolnie. Chevrolety, Buicki, Fordy, roczniki 55, 52, 57 to dla fanów zabytkowych pojazdów gratka nie lada. Nie ma drugiego takiego miejsca na świecie, które wichry historii, a konkretnie rewolucja z 1959 roku, pozbawiłyby dostaw nowych aut, i kazały przez ponad pół wieku eksploatować to, co zostało.

Nie znam się na mechanice, ale kiedy ktoś z przekonaniem zapewnia, że Kubańczycy to najlepsi mechanicy na świecie, jestem w stanie uwierzyć. Stare amerykańskie samochody to dwa równoległe światy, jak zresztą wszystko na Kubie. Wychuchane i wypielęgnowane, czekają na bogatych turystów w hawańskim Parque Central, żeby zaproponować im przejażdżkę za pięćdziesiąt dolarów za godzinę. Z obowiązkowymi przystankami na budzące zazdrość znajomych fotki przy hotelu National i Placu Rewolucji (tam gdzie słynny wizerunek Che Guevary ozdabia fasadę ministerstwa). Pozostałe auta z lat pięćdziesiątych są poklejone, z dziurami w podłodze, okien często nie da się zamknąć, drzwi da się otworzyć tylko z zewnątrz… No i zapalają mniej lub bardziej skutecznie, ważny jest przecież dreszczyk emocji oraz element niespodzianki. Poza tym po kubańskich drogach toczy się sporo naszych Maluchów, zwanych tam pieszczotliwie „Polaquito”, czyli Polaczek, oraz radzieckich Ład. Ostatnio przybywa sporo nowych, i całkiem elegancko wyglądających wozów. Kto zgadnie jakiej produkcji? Chińskiej oczywiście, poprawna odpowiedź. Wszystkie autokary turystyczne są chińskie. Chińczycy bez zbędnych słów i wielkich deklaracji cichutko, szybciutko i skutecznie zajmują miejsce na rynku.

Cola tańsza niż rum

Rum, cygara, salsa – to sztandarowe produkty, które każdy turysta „zaliczyć” powinien. Hawańskie Muzeum Rumu znajdujemy w jednym z pohiszpańskich, zabytkowych pałaców, których sporo jest na Starym Mieście. Warto zajrzeć chociaż na urokliwe patio. Ekspozycja taka sobie, najciekawsza prócz kadzi i beczek jest olbrzymia makieta dziewiętnastowiecznej cukrowni i okolic , z jeżdżącym po niej miniaturowym pociągiem.

Ceny rumów w przymuzealnym sklepiku są wysokie, tańsze gatunki lepiej kupić w sklepach spożywczych, gdzie skromnie stoją niekiedy między octem i olejem. Oczywiście cena zależy od czasu, jaki wyborny trunek spędził w beczce po Bourbonie, żeby nabrać smaku i koloru: trzy, pięć, siedem lat, a może i więcej. Ale do drinków używa się zwykłego, białego rumu. Taki rum łatwiej jest kupić niż wodę gazowaną. I bywa tańszy niż cola! Dlatego sztandarowy drink Cuba Libre często robiony jest tak: sporo kostek lodu, potem rum, rum, rum, a na końcu barman zabarwia całość cenną colą. Uwaga – polepszenie stosunków z USA zaowocowało dostępnością oryginalnej coli, a nie tylko socjalistycznych podróbek. -To najbardziej widoczna zmiana, gorzko uśmiechają się Kubańczycy.

Cygaro prosto od chłopa

Drobna, mocno pomarszczona staruszka z ogromnym cygarem w jaskrawo wymalowanych, choć prawie bezzębnych ustach to typowy obrazek z Kuby, ilustrujący książki, blogi i katalogi. Bo najlepsze na świecie cygara zwijane z liści tytoniu uprawianego w Dolinie Vinales można kupić całkiem niedrogo. Oczywiście cena zależy od tego, gdzie poczynimy zakup. Czy w państwowym sklepie dla turystów, czy spod lady w sklepie kartkowym, a może „od chłopa”? Jak informują puszczając szelmowsko oko plantatorzy, 90 % tytoniu odstawiają do skupu po państwowych cenach, ale resztę mogą zostawić sobie do własnego użytku – czyli pozostałe 10 %…  Bo naród kubański jest twórczy. Najsłynniejsza marka to Cohiba – słowo to oznacza w języku Tainów, rdzennych mieszkańców wyspy, po prostu tytoń.

Macho z dredami

Muzykę i taniec Kubańczycy mają we krwi. Od samego rana długo w noc słychać muzykę z niemiłosiernie chrypiących i trzeszczących głośników.  A jak nie słychać to… gra im w duszy. Nie zapomnę starszej pani, pracującej w kasie twierdzy w Santiago de Cuba.

Mocno umalowana, obwieszona błyszczącą, dość tandetną biżuterią, jak to prawdziwa Kubanka, pracowicie wybijała rytm na biurku jak na bębnie, nucąc sobie pod nosem. Swoje kompozycje niechętnie przerywała na chwilę, żeby sprzedać czasem bilet. Stan nucenia i podrygiwania jest naturalny jak oddychanie, nikt się nie dziwi. – Bailamos? Tańczymy? W różnych porach i miejscach zdarzyło mi się tańczyć na ulicy. Oczywiście nie wszyscy tańczą dobrze, ale zdecydowana większość tak. Króluje taniec w parach, czyli casino zwane u nas salsą kubańską, oraz ostatnio reggaeton. Na dyskotece nawet jak DJ puści techno, to i tak wszyscy próbują tańczyć salsę.

To świetny kraj, żeby przy okazji wyjazdu nauczyć się tańca, a przynajmniej czerpać z niego przyjemność. To właśnie jest podstawowa różnica – na Kubie taniec daje autentyczną radość, a nie jest okazją do zaprezentowania się i pochwalenia swoimi umiejętnościami.

Poza tym już na pierwszy rzut oka widać, że role są ściśle podzielone – mężczyźni są męscy, a kobiety kobiece. Kobiety obcisłymi i barwnymi strojami podkreślają z dumą swoje często nader obfite kształty. Narodowym ubiorem są legginsy, a im większy rozmiar właścicielki, tym bardziej jaskrawe, w słoneczniki, serduszka, czy grube pasy. Natomiast panie w służbach mundurowych lubują  się w długich wiszących kolczykach, wisiorkach, i obowiązkowo mają czarne kabaretki w wyraźne kwiaty. Z tą modą zapoznają nas choćby celniczki i straż graniczna na lotnisku.

Wystylizowani panowie wyglądają jak samce jak z filmów przyrodniczych BBC. Zamiast pawich piór, barwnych ogonów, czubów i rogów noszą złote łańcuchy (często w ilościach hurtowych), grube bransolety, modne okulary słoneczne ( cóż z tego, że podróbki), nawet w środku nocy. Kolczyki – najlepiej wyglądające jak brylanciki. Fryzurki – albo starannie wystrzyżone czubki, albo dredy do pasa, albo warkoczyki. Modne T-shirty lub rozpięte do pasa koszule ciasno opinają zgrabne torsy. A trzeba przyznać, że zazwyczaj jest co, z mieszanki hiszpańsko – afrykańskiej wyszła całkiem zgrabna i urodziwa rasa.

Gdzie Hemingway trunki pijał

Spotkanie z Kubą zazwyczaj zaczynamy od Hawany. Oszałamia, uwodzi swym dekadenckim urokiem, i… męczy. Ale parę dni warto jej poświęcić. Bo to miasto niezwykłe, pięknie położone nad morzem i głęboką zatoką. Korzystnie podziwiać je z pewnego oddalenia, najlepiej z góry. Na przykład z twierdzy Castillo El Morro, górującej po drugiej stronie zatoki. Widać stamtąd całą starą Hawanę: wysoką kopułę Capitolio,  który jest kopią amerykańskiego Kapitolu, Malecon, czyli słynną nadmorską promenadę, z wyniosłościami hotelu National i Edificio Focsa, czyli wyglądającego jak otwarta książka najwyższego budynku Hawany – ma 130 metrów. Warto wdrapać się na szczyt wciąż czynnej, zabytkowej latarni morskiej uruchamianej na … korbkę. Zabytkowe forty po obu stronach zatoki przypominają o czasach dawnej świetności, kiedy właśnie z Hawany wypływały hiszpańskie galeony wypełnione po brzegi srebrem i złotem a wejście do portu zamykano na noc przeciąganym przez zatokę kutym łańcuchem. Ale nawet te masywne, kamienne forty nie uchroniły Hawany przed atakiem Anglików, którzy od tyłu zajęli El Morro, i stamtąd spalili miasto. Nic dziwnego, wyspa strategicznie położona pośrodku Morza Karaibskiego zawsze stanowiła łakomy kąsek, i przechodziła z rąk do rąk – od XV wieku nie miała szans na niezależność.

Żeby popatrzeć na miasto z góry, polecam bar na dachu kultowego hotelu Ambos Mundos, przy deptaku Obispo, niedaleko Plaza de Armas, gdzie założono Hawanę. Widoki świetne, często przygrywają muzycy, kelnerzy serwują mojito, Cuba Libre , piña coladę, i inne drinki na bazie rumu.

W tym hotelu pomieszkiwał Ernest Hemingway, któremu Kuba bardzo przypadła do gustu. Na parterze są zdjęcia pisarza z pobytu na wyspie i słynnych połowów marlinów . Małą ekspozycję poświęconą nobliście oglądamy w pokoju 511. Tam zaczął pisać „Komu bije dzwon”. Chwalił sobie tę lokalizację, bo miał niedaleko do ulubionego baru Bodeguita del Medio. Maleńki lokal z tysiącami podpisów na ścianach i wyposażeniem z lat czterdziestych słynie z mojito, ale zawsze jest pełen turystów i osobiście wolę wypić mojito gdzie indziej. Podobnie jest z Floriditą na końcu ulicy Obispo, słynącej z drinka daiquiri, ponoć też chwalonego przez Hemingwaya. Tam w kącie przy barze jest popiersie pisarza, z którym można zrobić sobie zdjęcie.

Trudno się dziwić, że żona noblisty postanowiła zmienić otoczenie na mniej usiane barami, bo ponoć papa Hemingway, jak nazywali go Kubańczycy, od kieliszka nie stronił. Nabyli posiadłość na obrzeżach miasta, zwaną Finca Vigia, czyli ranczo strażnicze. Tu knajpek nie było, za to jest basen ( zawsze pusty), w którym ponoć pływała nago Ava Gardner, groby psów pisarza i słynna łódź Pilar, służąca do połowów, choć ponoć pisarz próbował polować na niej także na… U-boty (na szczęście żadnego nie spotkał ). Do domu można zajrzeć tylko przez okna, choć warto też wspiąć się na wieżę strażniczą, od której wzięła się nazwa i gdzie można podziwiać maszynę do pisania noblisty.

Turystom podoba się Kuba. Ale mieszkańcy żyją w zupełnie innym świecie. A właściwie istnieje tam kilka równoległych światów. – Jestem trenerem lekkiej atletyki, pracuję z młodzieżą. To państwowa posada, więc zarabiam miesięcznie trzynaście dolarów – mówi mi umięśniony, ogolony na łyso czarny chłopak, którego poznaję popijając guarapo, czyli świeżo wyciśnięty sok z trzciny cukrowej. Uświadamiam sobie, że to dokładnie tyle, ile właśnie wydałam na obiad, i to bez zbytnich luksusów. Bo dla turystów Kuba wcale nie jest tania. Za drinka zapłacimy trzy lub cztery dolary. Dolary, bo tak Kubańczycy mówią na peso wymienialne (convertible), które kurs ma zbliżony do euro. Przy wymianie dolarów rząd kubański cały czas pobiera dziesięcioprocentowy podatek, uparcie nie zauważając zakończenia trwającego ponad pół wieku embargo.

Równolegle działa waluta narodowa, czyli peso kubańskie (national). Dopiero od kilku miesięcy można wymiennie używać obu walut, przelicznik to 24 peso kubańskie za jedno peso wymienialne. Czasami wymaga to przyspieszonego przypomnienia sobie matematyki.

Kubańczycy to wciąż tradycyjne społeczeństwo. Dzieciaki ganiają za piłką po ulicy, staruszkowie stoją w oknach lub na progach i obserwują, co się dzieje. W domach trudno się zorientować, kto jest domownikiem, a kto nie – wciąż ktoś wpada, wychodzi, bierze sobie coś do picia, zmywa, i oczywiście cały czas gada. Internet jest drogi i trzeba wybrać się do hotspotu, nie mamy więc społeczeństwa z nosem w komórkach i tabletach. Maluchami zawsze ktoś tam się zajmie. Starsza pani jest babcią, pan – dziadkiem, młody chłopak – synem. Bo Kubańczycy to jedna wielka rodzina. Kuzyni, szwagrowie, ciotki, pociotki, to wszystko bliscy. Rodzina to nie tylko rodzice, dzieci i ewentualnie dziadkowie, na Kubie rodzina rozrasta się poziomo, jak pnącze. Są tego plusy – kiedy potrzebna jest pomoc, zawsze można na kogoś liczyć. Choćby żeby naprawić Chevroleta z lat pięćdziesiątych.

Kto pamięta polskie lata osiemdziesiąte, ma na Kubie swoiste deja vu. Załatwianie, znajomości, układy… Poza tym widać brak chęci do pracy; zrobienie czegokolwiek więcej niż w zakresie obowiązków często kwituje się wzruszeniem ramion: -Esto es Cuba… (taka jest Kuba). Oczywiście, zamiast postarać się trochę więcej, najłatwiej wzruszać ramionami i zwalić na system i biurokrację. Że jest brudno? To wina systemu!

Jednak jak obserwuję Kubę z roku na rok, coraz więcej widzę normalnej dla nas gospodarki rynkowej. Kwitną prywatne restauracje, zwane paladarami, kwatery, czyli casas particulares zwane też hostalami. Jest swoisty klimat, czasem kolonialno – pałacowy, z łuczkami, kolumnami i kryształowymi żyrandolami, czasem wiejsko-elegancki, z kolekcją bibelotów na serwantce. Ale zawsze czysto, przyjemnie, i życzliwi gospodarze. Starsi, młodsi, biali, czarni, grubi, chudzi – za to zawsze kipiący energią. Idzie nowe!

Beata Radecka

 

 

Skomentuj