– Sri Lanka to takie małe Indie – małe, bezpieczne dla kobiet i czyste – uważa miłośniczka egzotycznych wypraw Anna Smuła. Swoimi wrażeniami z podróży na wyspę Cejlon podzieliła się z reporterką portalu „PolskaMowi.pl”.

Ze Sri Lanki wróciła miesiąc temu. W miejscowości Negombo, niedaleko byłej stolicy tego kraju Kolombo, świętowała Sylwestra. Tamtejsze żegnanie starego roku okazało się niezbyt okazałe.

–  Większość społeczeństwa to buddyści, którzy Nowy Rok rozpoczynają w pierwszą kwietniową pełnię księżyca. Mieszkają tam też chrześcijanie, więc mieliśmy okazję zobaczyć lokalne ozdoby świąteczne. Nie było jednak żadnych plenerowych imprez ani atrakcji. Sylwester spędziliśmy w jednym z barów, zaś o północy wyszliśmy obejrzeć fajerwerki – wspomina pani Anna.

Duże wrażenie zrobiło za to na niej i jej znajomych safari w parku narodowym – Udawalawe National Park.

–  Mogliśmy zobaczyć dziko żyjące słonie, bawoły, krokodyle, warany i ptactwo. Jeździliśmy jeepem około trzech godzin. W pewnym momencie dosłownie wjechaliśmy w stado słoni, których są tam tysiące. Na szczęście nie są tresowane i nie żyją na łańcuchu, ale cieszą się wolnością. Przewodnik ostrzegał nas, żeby nie wychylać się za bardzo z auta ani nie wyciągać rąk i nie próbować ich głaskać, bo może się to źle skończyć – wyjaśnia Anna Smuła.

Godne polecenia według niej są też tamtejsze plantacje herbaty, najczęściej położone na wzgórzach i pagórkach, z których rozciągają się wspaniałe widoki. Nic, tylko stać i podziwiać. A po atrakcjach dla ducha, czas na coś dla ciała – jak wiadomo tamtejsze herbaty są naprawdę pyszne i smakują inaczej niż w Polsce – są mocne, a do zaparzania wystarczy kilka listów. Może też tam również kupić paczuszki z aromatyczną zawartością, które stanowią miłą pamiątkę z pobytu na Cejlonie.

Wart zobaczenia jest także szczyt Adama, czyli Sri Pada, jak nazywają go miejscowi. Na szczycie tej góry o wysokości ponad 2200 metrów stoi buddyjska świątynia. To miejsce słynie z niezwykle malowniczych wschodów słońca.

Około 1 w nocy wyjechaliśmy z hotelu, po godzinie znaleźliśmy się u podnóża góry i zaczęliśmy wędrówkę wraz z setkami turystów i pielgrzymów. Wydawało się, że czeka nas trudna wędrówka na szczyt, więc wcześniej zaopatrzyliśmy się w latarki i prowiant. A tymczasem okazało się, że to miejsce jest niczym nasze Krupówki i Gubałówka w jednym – oświetlone, są budki, w którym można kupić jedzenie, picie i pluszowe misie  –  Warto jednak się wspiąć, bo wschód był naprawdę zjawiskowy.

Najbardziej ekstremalną przygodą okazała się jednak jazda lokalnym autobusem. Nie ma tam żadnego rozkładu, ale busy jeżdżą co 15-20 minut, tyle tylko, że… nie zatrzymują się na przystankach.

–  Kierowca zwalnia, a jadący z nim „nawoływacz”, który zajmuje się również biletami, krzyczy nazwę miejscowości, do której jedzie dany bus. Wtedy trzeba wskoczyć do pojazdu. Jeżeli chce się wysiąść gdzieś po drodze, to po prostu należy wyskoczyć.

Na krótsze dystansy są tuk tuki (zmotoryzowana wersja rikszy). Ich kierowcy chętnie rozdają numery swoich telefonów i zapewniają, że przyjadą o dowolnej porze i zawiozą, gdzie chcemy. Otwartą kwestią pozostaje cena za taką usługę – zależy od tego jak dobrze potrafimy się targować. Lankijczycy choć są bardzo mili, sympatyczni i uczynni, to jednak za wszystko oczekują zapłaty. Nawet jak, wydawałoby się bezinteresownie, poczęstują szklanką wody w upalny dzień, to z pewnością później każą sobie zapłacić. Bez problemów da się  też z nimi porozumieć po angielsku, chyba, że chcemy zwrócić im uwagę, bo np. źle wydali resztę. Wtedy w magiczny sposób wszyscy przestają rozumieć język Szekspira.

Uczestnicy wyprawy chwalą  tamtejsze jedzenie. Najsmaczniejsze okazały się dania przygotowywane przez gospodarzy w miejscach, gdzie nocowali. Wystarczyło powiedzieć na jaki lokalny przysmak ma się ochotę i po około dwóch godzinach potrawy były gotowe.

Moim faworytem było danie rice&curry – w jednej miseczce był suchy ryż, a w kilku kolejnych – fasola, buraki czy ziemniaki w stylu curry. Pyszny był też roti – kukurydziany naleśnik z dżemem kokosowym. Nie można było zamówić dania pikantnego czy łagodnego – wszystko zależało od tego ile dany kucharz sypnął przypraw. Smaczny okazał się również „hotel”, czyli tamtejsze bary mleczny. W jednym garze przyrządzane były zazwyczaj kurczaki, w drugim dania wegetariańskie – wystarczyło palcem pokazać, co się chce. Generalnie wszędzie jedzenie było tanie – solidny obiad kosztował w przeliczeniu od 5 do 10 złotych. Co ciekawe trudno było doprosić się o mleko do kawy, za to herbata była obowiązkowo z mlekiem.

Ponieważ  je się tam rękoma, w każdej knajpce jest kran, gdzie klienci mogą umyć ręce. Tyle tylko, że woda w kranie zawsze jest bardzo zimna. Niestety, na ciepły prysznic praktycznie nigdzie nie można było liczyć. Za to noclegi okazały się dość tanie – od 60 do 100 złotych za dobę.

Wspaniały wypoczynek na Cejlonie to również laba na miękkim piasku, pływanie w krystalicznym wodach Oceanu Indyjskiego, podziwianie majestatycznych wielorybów oraz rozkoszowanie się słoneczną aurą.  Sri Lanka jest bowiem godna polecenia zwłaszcza zimową porą, kiedy chce się odpocząć od mroźnej aury. Temperatury na Cejlonie o tej porze roku sięgają bowiem 30 st. Celsjusza.

Anna Krzesińska

anna.krzesinska@polskamowi.pl

fot. Anna Smuła

Skomentuj