– Drapacze chmur były do połowy zakryte chmurami deszczowymi. Wyglądało to jak scena z jakiegoś dreszczowca. Stałam tak zachwycona, z zadartą głową i robiłam zdjęcia – wspomina swój pobyt w Chicago w rozmowie z reporterką PolskaMowi Marta Swoboda, autorka blogu podróżniczego cojapaczam.pl

– Pierwszego dnia wsiadłam do metra i pojechałam do centrum. Pomyślałam, że przejdę się i może znajdę coś ciekawego do zobaczenia. Wysiadłam na Michigan Avenue, czyli głównej arterii miasta i…. zamurowało mnie. Wszędzie widziałam cuda architektury – zarówno neogotyckie czy neorenesansowe budynki np. jeden z symboli Chicago – Wrigley Building czy słynny Tribune Tower

jak i nowoczesne wieżowce w tym Trump Tower czy John Hancock Center. Michigan Avenue jest bardzo długa, szeroka, zatłoczona i ma sto przecznic Jest podobna do Manhattanu, ale mam wrażenie, że bardziej chaotyczna  – zauważa Marta Swoboda.

Pani Marta zawędrowała też do ogromnego Grant Parku, który zajmuje powierzchnię aż 129 hektarów, czyli 1.29 kilometrów kwadratowych! Znajduje się tam m.in. znana z czołówki serialu „Świat według Bundych” fontanna Buckingham. Jest także coś dla fanów impresjonizmu i postimpresjonizmu, czyli Instytut Sztuki oraz Museum Campus. Na terenie tego ostatniego kompleksu mieszczą się m.in. takie atrakcje, jak: Adler Planetarium, czyli pierwsze amerykańskie planetarium, Muzeum Historii Naturalnej z ciekawymi eksponatami zwierząt czy Shedd Aquarium, w którym można m.in. podziwiać  pokazy delfinów. W Grant Parku znajduje się również polski akcent –  instalacja Magdaleny Abakanowicz „Agora”. Składa się ona z  ponad 106 kroczących figur, pozbawionych głów i rąk.

            – Częścią tego parku jest też Park Millenium. Tam znajduje się Pawilon Jay Pritzker, czyli muszla koncertowa, która została zaprojektowana przez Franka Gehrego. Jego dzieła widziałam już w Seattle i Los Angeles. Tego dnia w Chicago padało, więc trafiłam na niemal wyludniony plac. Zobaczyłam słynną „fasolę” –  Cloud Gate (pol. Chmurna Brama) –  jeden ze słynniejszych symboli tego miasta. Zaprojektowana przez rzeźbiarza indyjskiego pochodzenia Anisha Kapoora, powstała w 2006 roku i składa się ze 168 zespawanych ze sobą płytek ze stali nierdzewnej. Inspiracją dla artysty do jej stworzenia był wygląd ciekłej rtęci. Rzeźba zrobiła na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza, że wokół niej nie było wielu turystów, a w tle wciąż unosiły się ciężkie deszczowe chmury – wyjaśnia podróżniczka.

Tuż obok znajduje się Navy Pier ciągnące się ponad kilometr molo nad jeziorem Michigan, uznawane za jedno z największych atrakcji w Chicago. Zarówno turyści jak i miejscowi przychodzą tu, aby odpocząć wśród zieleni, zjeść coś w jednej z wielu knajpek czy zrobić zakupy w jednym z licznych sklepów.

Pani Marta zawędrowała też do dzielnicy biznesowej, tak zwanej Chicago Loop, która od początku swojego istnienia została zdominowana przez drapacze chmur.

–  Tego dnia kiedy odwiedziłam to miejsce znowu padało. Drapacze chmur były do połowy zakryte chmurami deszczowymi. Wyglądało to jak scena z jakiegoś dreszczowca. Stałam tak zachwycona, z zadartą głową i robiłam zdjęcia. Bardzo dziwiło mnie, że inni ludzie nie podziwiają tego widoku. Dla mnie było to wręcz mistyczne wrażenie  – wspomina pani Marta.

Podróżniczka dotarła także na Uniwersytet Chicago i zajrzała do znajdującego się na jego terenie Robie House, domu zaprojektowanego przez modernistycznego architekta Franka Lloyda Wrighta.

Dom ten jest zaprojektowany w stylu preriowym, nazywanym tak ze względu na dopasowanie architektury do krajobrazu. Powstał w 1909 roku i jest jednym z wybitniejszych dzieł architekta, który tym projektem złamał obowiązującą w swoich czasach zasadę pięcia się w górę.  Zastąpił ją poziomym projektowaniem, dzięki czemu jest tam więcej miejsca i ma się większe poczucie przestrzeni  – wyjaśnia Marta Swoboda. – Widziałam też drugi budynek Franka Lloyda Wrighta – Dom Emila Bacha z 1915 roku, również wykonany w stylu preriowym.

Nasza rozmówczyni odwiedziła też Elks National Veterans Memorial, czyli budynek wzniesiony w 1926 roku ku pamięci członków klubu Order of Elks (pol. Jeleni), którzy służyli w czasie I Wojny Światowej. Jak  tłumaczy pani Marta, wspaniała konstrukcja budynku i wystroju wnętrz oraz fresków spowodowały, że ta siedziba Klubu Jeleni została opisana jako „jeden z najwspanialszych pomników wojennych na świecie.”

Architektura Chicago mnie pochłonęła. Podobnie jak kiedyś w Nowym Jorku pstrykałam zdjęcia jak „opętana” i wchodziłam gdzie się tylko dało. Któregoś dnia przeprawiłam się na drugą stronę rzeki i weszłam do domu handlowego Merchendise Mart, Kiedy został on otwarty w 1930 roku, był największym budynkiem świata, mierzącym 372 metry kwadratowe. Dotarłam też do Teatru Regal znajdującego się w samym centrum Bronzeville – dzielnicy zamieszkałej głównie przez Afroamerykanów. Ponurzy panowie stojący na ulicach patrzyli na mnie zdziwieni. Gdzieś z tyłu głowy czułam, że chyba nie powinno mnie tam być. Później dowiedziałam się, że inni mieszkańcy Chicago unikają tego miejsca.  W ciągu tego jednego pobytu zrozumiałam, że nie zdążę obejrzeć tu wszystkiego. Z pewnością muszę tu wrócić. I wrócę  – obiecuje Marta Swoboda.

Chicago to nie tylko zabytki i drapacze chmur. Klimat miasto tworzą też ludzie, pochodzący z różnych miejsc, w tym także z Polski. Opowieść o tym jak wygląda codziennie życie w tym mieście, co zadziwia i szokuje polskiego turystę znajdziecie tutaj.

 

Anna Krzesińska

anna.krzesinska@polskamowi.pl

zdjęcia w tekście Marta Swoboda

 

 

Skomentuj