Na tej wyspie urodził się Freddie Mercury z zespołu Queen, żyją na niej wiekowe żółwie, a cztery tygodnie spędził tam, wraz z rodziną, warszawski fan kitesurfingu Marek Szabrański.

Lubimy aktywny wypoczynek, stąd też zdecydowaliśmy się na wyprawę na Zanzibar, gdyż planowaliśmy uprawiać tam kitesurfing. Udało się, pogoda nam sprzyjała. Kiedy wieje, warunki do uprawiania tej dyscypliny sportu są tam jednymi z najlepszych na świecie. Jeżeli ktoś wybiera się właśnie w tym celu, to polecam miejscowość Paje i polską bazę Sun Sea Bar – mówi w rozmowie z reporterką portalu „PolskaMowi.pl” Marek Szabrański.

Jak podkreśla, tubylcy są życzliwie nastawieni do obcokrajowców. Jego ośmioletni syn zyskał tam wielu nowych kolegów, z którymi całymi dniami grał w piłkę na plaży i kąpał się w oceanie. Nie było żadnych problemów z komunikacją, bo choć językiem urzędowym jest suahili, to angielski jest na wyspie bardzo popularny, także wśród najmłodszych.

Na wyspie można znaleźć moc różnych atrakcji. Interesująco prezentują się chociażby takie eskapady, jak pływanie z delfinami, Safari, oglądanie 160-letnie żółwi na wyspie Prison Island i małp w Parku Krajowym Josani Forest, czy spływ rzeką Supami.

Ciekawym doświadczeniem okazało się także… jedzenie. Na czas pobytu w Zanzibarze trzeba przestawić się na odmienny sposób odżywiania od tego, do którego przywykliśmy w Europie.

Sklepy zaopatrzone są tam nieco inaczej niż w Polsce. Nie po to jednak polecieliśmy na drugą półkulę za równik, aby jeść hamburgery w McDonald’s. Bardzo przypadła nam do gustu dieta miejscowych, której „poddaliśmy się” w stu procentach. Nasze jedzenie składało się głównie z owoców takich, jak: mango, marakuje, arbuzy, banany, pomarańcze, kokosy czy awokado. Jedliśmy też ryby i ośmiornice, przyrządzane na różne sposoby. Okazało się, że naprawdę nic więcej nie potrzeba. Ze względu na panujący tam klimat, owoce i warzywa dojrzewają szybko, są soczyste i bardzo smaczne. Podobnie jak miejscowe owoce morza z dominującą rolą pysznych ośmiornic. Koniec końców wszyscy wróciliśmy stamtąd chudsi o parę kilo – śmieje się pan Marek.

Prawdziwy raj? Niekoniecznie!

Należy zdawać sobie sprawę, z tego, że chociaż dla Europejczyków Zanzibar to rajska wyspa, panują tam głód, bieda i nie najlepsze warunki mieszkaniowe. Miejscowi, mimo iż żyją bez wojen i katastrof, są w przeważającej większości ubodzy. Turystyka jest dla nich często jedyną szansą na lepszy byt. Wczasowiczom i podróżnikom włos z głowy tam raczej nie spadnie – wyjaśnia warszawiak.

Zanzibar, niestety, nie ma zbyt chlubnej historii. W XVIII wieku ta wyspa była kolebką niewolnictwa i handlu ludźmi w basenie Oceanu Indyjskiego. Anglikańska katedra w Stone Town stoi w miejscu, gdzie działał największy targ niewolników. W świątyni znajduje się kamienne koło z czerwonego marmuru, które stanowi symbol krwi, która spływała z pleców biczowanych w tym miejscu niewolników.

To co tam się działo, jak byli traktowani czarnoskórzy ludzie, to było barbarzyństwo w czystej postaci. Wyobraźmy sobie kamienną piwnicę z celą o powierzchni 10m2, i o wysokości 120 cm, z jednym malutkim okienkiem, w której przetrzymywano w upałach kilkudziesięciu mężczyzn bez jedzenia i picia przez kilka dni. Byli tam przetrzymywani po to, aby prosto stamtąd trafić na targ niewolników. W drugiej takiej samej celi przetrzymywane były kobiety z dziećmi. Duża część z tych ludzi umierała, a ich zwłok nikt nie zabierał. Te cele śmierci obecnie są dostępne dla turystów w podziemiach katedry. Na potrzeby turystów wybito w celach drugie okna, bo ludzie by się podusili podczas zwiedzania – opowiada pan Marek.

Do tej egzotycznej podróży trzeba się przygotować. Jak wyjaśnia podróżnik, żeby móc wjechać na wyspę należy, na co najmniej miesiąc przed wylotem, odwiedzić lekarza. Lista obowiązkowych szczepień jest bowiem dość długa, a bez zaświadczenia, że jesteśmy odpowiednio zaszczepieni nie zostaniemy wpuszczeni na wyspę.

Podróż jest męcząca –  lot trwa kilkanaście godzin z obowiązkowym międzylądowaniem. Bilety lotnicze, zwłaszcza te kupowane na ostatnią chwilę do najtańszych nie należą – miesiąc przed wylotem potrafią kosztować powyżej czterech tysięcy złotych. Jeżeli dobrze poszukamy i kupimy bilet z rocznym wyprzedzeniem, to zapłacimy za niego około siedemset złotych. Na miejscowym lotnisku musimy wykupić także wizę (kosztuje 50 dolarów), pozwalającą na wjazd do kraju.

Warto też pomyśleć o wcześniejszym zabukowaniu hotelu. Jako, że Zanzibar nie jest turystyczną mekką, to i baza hotelowa nie jest tam zbytnio rozbudowana.

Osoby z zasobnym portfelem znajdą tam coś dla siebie na pewno. Nie znaczy to jednak, że Zanzibar to miejsce tylko dla finansowych krezusów. Oprócz hoteli, na miejscu bez trudu znajdziemy nocleg w domach wynajmowanych na pokoje lub w jednym z drewnianych domków na plaży tzw. Surfhouse. Warunki sanitarne panujące na wyspie są zaskakująco dobre. Na ogół, jeżeli jest prąd, jest i woda. Na tropikalnej wyspie, niewiele więcej potrzeba do szczęścia. Jedyne co przeszkadza to fakt, że tubylcy swoje śmieci zakopują na plażach. W związku z tym łatwo znaleźć na nich np. szkło – tłumaczy Marek Szabrański.

Rajska przygoda trwała cztery tygodnie. Warszawska rodzina już planuje kolejne wyprawy – tym razem na Sri Lankę, do Brazylii i Meksyku.

Podróżujemy za wiatrem i w poszukiwaniu najlepszych spotów surferskich, czyli miejsc gdzie można uprawiać kitesurfing. Inne rzeczy są niejako przy okazji. Wiele pięknych zakątków świata jest jeszcze przed nami, a kitesurfing pozwala zwiedzić najlepsze z nich – podsumowuje pan Marek.

Anna Krzesińska

anna.krzesinska@polskamowi.pl

fot. Marek Szabrański

 

 

Skomentuj