Jak wygląda codziennie życie w jednym z amerykańskich miast, co zadziwiło i zaszokowało Polaka, który poleciał za wielką wodę? O tym opowiedział portalowi PolskaMowi.pl warszawiak Paweł Zalewski.

Warszawska podróż do jakiegokolwiek amerykańskiego miasta zaczyna się w w Ambasadzie USA w Warszawie lub w Konsulacie Generalnym w Krakowie. Tam, po rozmowie z urzędnikiem, można otrzymać promesę na wizę, która jest niezbędna do wjazdu na teren USA. Amerykański urzędnik musi mieć jednak pewność, że dana osoba nie ma zamiaru zostać w Stanach i chce wrócić, bo ma w Polsce rodzinę i pracę.

Co ważne, nie jest to wiza, ale promesa, czyli swoiste „przyrzeczenie” wizy. To amerykański urzędnik już na miejscu decyduje czy zostaniemy wpuszczeni do USA, czy zostaniemy odesłani z powrotem. Może więc okazać się, że po kilkunastu godzinach podróży, kiedy już wylądujemy na amerykańskim lotnisku, coś się tamtejszemu urzędnikowi „nie spodoba”. Wtedy jedyne co nas czeka, to lot powrotny do Polski. Spotkało to już wiele ludzi, w tym kilka znanych osób – tłumaczy Paweł Zalewski.

Warszawiak bez problemów przeszedł kontrolę celną i już mógł „wpaść” w objęcia swojej amerykańskiej rodziny, która mieszka w Chicago ponad trzydzieści lat. Nocował u nich, dzięki temu miał okazję zobaczyć, jak wygląda amerykańska codzienność. Jego ciocia i wujek mieszkają w typowym amerykańskim domu klasy średniej na przedmieściach Chicago.

Dokładnie takim, jaki można zobaczyć na filmach. Na dole znajduje się garaż i pomieszczenie gospodarcze (w którym stoją m.in. pralki). Za ścianą mieści się zaś kuchnia, duży salon z kanapą i telewizorem oraz przejście do pokoju kominkowego, gdzie są półki z książkami i stoją fotele. Na górze znajdują się sypialnie i łazienka.

Pan Paweł spróbował oczywiście amerykańskiego jedzenia, nie jest jednak jego miłośnikiem. Na śniadania serwowano mu ciężkostrawne jajka na bekonie z tostami i masłem orzechowym. Był też w amerykańskim McDonald’s. Jak wiadomo ta globalna sieciówka dostosowuje część swoich produktów do lokalnego rynku. Okazało się, że porcja frytek była ogromna, ale niedobra i tłusta, zupełnie inna od tej podawanej w Polsce. W zwykłym zestawie serwowana zaś była litrowa cola, w powiększonym – aż półtoralitrowa! A to wszystko dla jednej osoby. Spróbował też słynnej pizzy „chicago style” – na bardzo grubym cieście oraz znanych z filmów chińskiego jedzenia w papierowych kartonikach. Okazały się zadziwiająco smaczne.

Warszawiak miał też okazję kierować autem. Zaskoczyły go zwyczaje panujące na tamtejszych drogach. Kierowcy jeżdżą bardzo ostrożnie. Na autostradzie popularny jest tempomat, co powoduje, że niekiedy manewr wyprzedzenia może trwać kilka minut. Obowiązuje także zasada, że na skrzyżowaniu równorzędnym pierwszeństwo ma ten, który pierwszy do niego podjedzie. O dziwo nie ma żadnych kolizji.

Jak powszechnie wiadomo, USA to kraj samochodów i życie miłośnika spacerów może być trudne. I rzeczywiście, ta opinia się potwierdziła.

Na osiedlach nie ma latarni, więc wieczorem jest bardzo ciemno. Poza tym nie dało się dojść pieszo do sklepu, mimo iż znajdował się niecały kilometr od domu. Pełno w nim było „śmieciowego” jedzenia – wyjaśnia Paweł Zalewski. – Taki styl życia skutkuje nadprogramowymi kilogramami.

Wiele osób jest naprawdę grubych, bardzo często monstrualnie grubych. Z drugiej jednak strony jest też sporo osób, które biegają i aktywnie spędzają czas.

Nasz rozmówca zobaczył kilka ciekawych miejsc w Chicago, w tym wieżowiec Willis Tower, potocznie zwany Sears Tower. – Na jego szczycie, na wysokości 400 metrów, znajduje się taras widokowy ze szklanymi balkonami, z których można zobaczyć to, co się dzieje na dole na ulicy. Interesujący był mecz baseballa, który tak naprawdę był dodatkiem do pikniku.

Na jego szczycie, na wysokości 400 metrów, znajduje się taras widokowy ze szklanymi balkonami, z których można zobaczyć to, co się dzieje na dole na ulicy. Interesujący był mecz baseballa, który tak naprawdę był dodatkiem do pikniku. Ludzie pili, jedli, rozmawiali i od czasu do czasu spoglądali na to, co się dzieje na boisku. Spore wrażenie zrobił na mnie model samolotu pasażerskiego w skali 1:1, który można zobaczyć w Muzeum Nauki i Przemysłu, ichniejszym Centrum Nauki „Kopernik”. Byłem też w Muzeum Natury, w którym od kilkudziesięciu lat nie była zmieniana ekspozycja. Najciekawszym obiektem okazała się zatem mapa występowania bocianów pochodząca sprzed… II wojny światowej. Według niej największe skupiska tych ptaków występują w polskim mieście Krzemieniec, który obecnie znajduje się na Ukrainie. – wylicza pan Paweł. – Zaskakująca była czystość budynków, które są tam regularnie myte, co w Polsce raczej rzadko się zdarza. Za to podziemne stacje metra były ciemne, klaustrofobiczne i wręcz „krzyczały”o remont – dodaje warszawiak.

Pan Paweł odwiedził również słynne Jackowo, polską dzielnicę nazwaną tak od lokalnego kościoła św. Jacka. To miejsce największy rozkwit przeżywało na początku lat 90., teraz powoli traci na znaczeniu, ludzie się sukcesywnie wyprowadzają, a sklepy są zamykane.

Ludzie i miasto zafascynowało pana Marka i obiecuje sobie, że z pewnością wróci jeszcze do USA. O tym co warto zobaczyć w Chicago można przeczytać tutaj.

Anna Krzesińska

anna.krzesinska@polskamowi.pl

fot. Paweł Zalewski

 

Skomentuj