Dzięki dwóm legendom, wielkim wyprawom geograficznym i budowaniu kolonialnych imperiów, udało się odkryć lek przeciw malarii.

Pierwsza legenda głosiła, że Indianin, którego dręczyła bardzo wysoka gorączka przepadł gdzieś w puszczy amazońskiej. Spragniony, napił się wody stojącej pomiędzy drzewami quina-quina. Miała ona gorzki smak, tak jakby była zatruta. Ta woda jednak okazała się lekiem obniżającym gorączkę. Mógł wrócić do swojego plemienia, które od tej pory zaczęło leczyć gorączkę korą z tego drzewa.
Zaś druga legenda dotyczy poznania kory quina-quina przez Europejczyków, którzy kolonizowali nowe ziemie. Pierwszymi mieli być jezuiccy misjonarze, którzy leczyli malarię właśnie sproszkowaną korą chinowca – choć wówczas nazwa tej rośliny nie była znana. Dopiero w 1742 roku szwedzki botanik Linneusz nazwał ją tak na cześć księżnej Chinchon, która podczas wizyty w Peru zachorowała na malarię i wróciła do zdrowia właśnie dzięki korze Jezuitów. W 1638 roku przywiozła ze sobą korę drzewa chinowego do Europy popularyzując jej zastosowanie. Dziś wiemy, że w tej legendzie nie ma ani krzty prawdy, gdyż księżna Chinchon zmarła na malarię w Kolumbii i nigdy nie wróciła do ojczystej Hiszpanii. Natomiast Jezuici, chociaż opisywali przeciwgorączkowe działanie chinowca w wierszach, to w 1640 roku po sprowadzeniu chinowca do Europy założyli embargo na import kory, nasion i sadzonek.
Do połowy XIX wieku malaria była zabójczym przeciwnikiem opóźniającym kolonialny podbój. Wynalezienie sztucznej chininy było marzeniem zarówno władców ówczesnych imperiów, jak i ich klasy średniej bogacącej się na przemysłowym zastosowaniu chemii.
Na korę chininowego drzewa trzeba było jednak czekać 20 lat, więc nowo zakładane na całym świecie plantacje tych drzew nie mogły sprostać potrzebom imperialnych potęg. Tymczasem w samych tylko Indiach, Wielka Brytania traciła rocznie 2 mln ludzi, których mogło uratować 750 tys. ton tego leku. W skali świata chinina musiała być produkowana w milionach ton. Wraz z rosnącym zapotrzebowaniem rosła też presja wywierana na naukowców. Na szczęście, w 1820 roku dwaj francuscy badacze – Pierre Joseph Pelletier oraz Joseph Caventou pierwszy raz wyizolowali chininę z kory drzewa quina-quina. Po 30 latach od tego odkrycia mogła być przyjmowana profilaktycznie, zapobiegając rozwojowi pasożytów przenoszonych przez zarażone malarią komary.
Eksperymentowanie z chininą doprowadziło także do przypadkowego wynalazku. Jednym z poszukiwaczy sztucznej chininy był także chemik i fabrykant William Perkin. Uzyskana ze smoły substancja nie spełniła jego oczekiwań, zauważył jednak, że ma ona piękne, fioletowe refleksy. I tak niechcący stał się ojcem chemii przemysłowej. Zamiast chininy odkrył bowiem moweinę – pierwszy syntetyczny barwnik o jasnofioletowym kolorze. Każda dama w Londynie i poza nim chciała mieć suknię w kolorze „mauve”, więc w latach 70-tych XIX wieku zakłady Perkina produkowały setki ton tego barwnika.

Justyna Zwolińska

 

 

Skomentuj