Upadłość konsumencka to termin, który zna coraz więcej Polaków. Szkoda tylko, że większość poznaje go, gdy jest już naprawdę niedobrze.

Zaczyna się niewinnie – od pożyczki na kilkaset lub kilka tysięcy złotych. Jako że osoby, które ją zaciągają, zwykle nie mają zdolności kredytowej, do wyboru jest tylko „chwilówka”.

Spirala się nakręca

W pewnym momencie okazuje się jednak, że pożyczkobiorca nie radzi sobie ze spłacaniem. Bank (a częściej parabank) proponuje mu więc ugodę, która zmniejsza comiesięczną ratę. Nieszczęśnik chętnie podpisuje taki dokument. Tyle że, robiąc to, zgadza się na koszty manipulacyjne, nierzadko zwiększające dług o połowę. Ale wiedza o tym przychodzi zwykle zbyt późno, gdy po kolejnych kilku miesiącach okazuje się, iż właściwy dług wcale nie stopniał, a spłacane są tylko odsetki. Bywa też, że spirala zadłużenia nakręca się jeszcze bardziej, gdy ofiara kredytu próbuje skierować sprawę do sądu. Wówczas znów rosną koszty, a zadłużenie zwiększa się już kilkakrotnie.

– Na dodatek firma windykacyjna zaczyna nękanie takiej osoby – mówi mecenas Zofia Gałązka z Siedlec. – Pojawiają się więc ponaglające monity i telefony, za które windykator dolicza sobie dodatkowe opłaty. Przedstawiciele tego typu firm potrafią też wieszać na drzwiach kartki z napisem: „Tu mieszka dłużnik” albo dobijać się, krzycząc głośno: „Oddaj nasze pieniądze”.

W takiej sytuacji człowiek, który miał nieszczęście wziąć kredyt, czuje się zaszczuty, napiętnowany i coraz bardziej bezradny. Pani mecenas  zna przypadki, w których kończyło się to nawet próbami samobójczymi.

Będzie więcej

A może się skończyć inaczej. Taką możliwość daje instytucja tzw. upadłości konsumenckiej, wprowadzona do polskiego prawa w 2009 r. Dzięki niej, jeśli specjalny sąd stwierdzi, że niewypłacalność danej osoby jest niezawiniona, następuje redukcja lub umorzenie zobowiązań.

Jak mówi Zofia Gałązka, Polacy nie wiedzą, że mogą skorzystać z upadłości konsumenckiej. O takim rozwiązaniu dowiadują się zwykle od prawnika.

Potwierdza to Magdalena Dobosz z Biura Prasowego Sądu Okręgowego w Lublinie. W 2009 r. do tej instytucji wpłynęło 27 spraw o ogłoszenie upadłości osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej, a w 2010 r. – 24. W 2011 r., kiedy tego typu sprawy z obszarów działania sądów rejonowych Lubelszczyzny i wschodniego Mazowsza przekazano IX Wydziałowi Sądu Rejonowego Lublin-Wschód z siedzibą w Świdniku, było ich 26, a w następnych latach kolejno: 3, 4 i 7. Dopiero przed 2 laty liczba ta urosła do 160, a w 2016 r. do aż 338.

By doszło do upadłości konsumenckiej, konieczne jest zebranie możliwie najpełniejszej dokumentacji: monitów, rachunków, pism w sprawie ugody i pism od komorników. Dłużnicy jednak chętnie się na to godzą, bo z chwilą założenia sprawy w sądzie dług przestaje rosnąć, nie są naliczane procenty od procentów, a postępowania egzekucyjne są zawieszane, więc nie dochodzą już koszty komornika ani firmy windykacyjnej. Poza tym, jeśli wyrok jest korzystny dla ofiary kredytu – umarzane są wszelkie należności, albo spłaty z jej majątku zaczyna kontrolować wyznaczony przez sędziego syndyk.

Nic więc dziwnego, że wskaźnik ogłoszonych upadłości osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej rósł w podobnym tempie, co ilość postępowań w sprawie jej ogłoszenia. Jak wylicza rzecznik lubelskiego sądu, w latach 2009-13 było ich tylko po 1 rocznie. W 2015 r. zanotowano 53 takie przypadki , zaś rok później aż 92.

Okazuje się, że 16 z tych 92 spraw dotyczyło osób z byłego województwa siedleckiego. Najwięcej z nich , bo 7, mieszka na terenie podległym sądowi rejonowemu w Mińsku Mazowieckim. Kolejne są: Siedlce (6), Garwolin (2) i Węgrów (1).

– Te liczby będą rosnąć, bo wzrasta też świadomość społeczna – podsumowuje Zofia Gałązka.

Skomentuj